ZAKSA wykorzystała ścieżkę losowania i dokonała tego, co umknęło jej w poprzednim roku. A przecież jeszcze kilka miesięcy temu mówiono, że nasze rozgrywki straciły wielkie gwiazdy i poziom obniży się, będzie słabszy. Może i rzeczywiście brakuje nam kilku markowych siatkarzy, ale śmiem twierdzić, że oglądamy najciekawszy sezon PlusLigi od lat, a czysto sportowy awans ZAKSY do finału czterech w Kazaniu pokazuje, że i z poziomem nie jest tak źle.

 

Zagrać jak AS Roma

 

W Kazaniu ZAKSĘ czeka oczywiście potwornie trudne zadanie i może skończyć się dwoma porażkami, ale myślę, że niedawne rozstrzygnięcia z tej bogatszej, piłkarskiej Ligi Mistrzów każą podchodzić do majowych spotkań z nutką optymizmu. Ba, nawet pierwszy mecz z VfB Friedrichshafen pokazał, że w sporcie mogą dziać się różne cuda. Tym większy szacunek i uznanie dla podopiecznych Andrei Gardiniego za rewanż w Niemczech i kompletne rozmontowanie przeciwników.

 

W Rosji półfinałowe spotkania będą miały dodatkowe smaczki. Wszak Wilfredo Leon zmierzy się z kolegami, z którymi do przyszłego sezonu będzie już walczył ramię w ramię po jednej stronie siatki. To więc zarazem szansa na ostatni skalp w Europie dla Kubańczyka z polskim paszportem. Wierzę, że doda to dodatkowej motywacji Leonowi i to on poprowadzi Zenita do wygranej.

 

Bolesny bilans

 

ZAKSA zaś trafia na Cucine, czyli „starego” przeciwnika, z którym polskie ekipy ostatnio grały regularnie. Zwłaszcza PGE Skra Bełchatów. W 1/6 finału wicelider PlusLigi przegrał 2:3 i 0:3. W poprzednim sezonie na tym samym etapie rozgrywek było 3:2 i 1:3, zaś wcześniej z tym samym zespołem dwukrotnie po 0:3 przegrała Asseco Resovia Rzeszów. W ciągu tylko dwóch sezonów więc polskie zespoły grały sześciokrotnie w Champions League i dodatkowo dwukrotnie w grudniu zeszłego roku w Klubowych Mistrzostwach Świata. W grupie ZAKSA przegrała po super nerwowym spotkaniu 2:3, a w półfinale Skra uległa 0:3. Łącznie nasze ekipy zanotowały jedną wygraną na osiem meczów w ciągu kilkunastu miesięcy! I to pokazuje kto musi być faworytem.

 

Z drugiej strony półfinał Ligi Mistrzów to tylko jeden mecz i Gardini oraz spółka powinni wyciągnąć wnioski z grudniowego starcia w Opolu. Tam prowadzili już nawet 2:1, a w tie breaku ulegli dopiero 16:18. Powinni przeanalizować też, jak robi to Perugia, która ograła dwa razy w europejskich pucharach Cucine Lube (3:2 i 3:0) i raz w krajowej SuperLedze (3:1). Da się więc tego dokonać, choć Cwetan Sokołow, Taylor Sander, Osmany Juantorena, Jenia Grebennikow, Micah Christenson – to wszystko są gwiazdy światowego formatu i siatkarze gotowi dokonywać cudów na parkiecie.

 

Mam nadzieję, że czeka nas wyjątkowy weekend majowy, który będzie zamknięciem klubowej siatkówki anno domini 2018, a otwarciem rozdziału reprezentacyjnego, w którym także atakujemy niejako z drugiej linii i musimy przedzierać się do grona gigantów.