Podsumowanie piłkarskiej jesieni w Europie wskazuje na mocne tąpnięcie i małe przegrupowanie, przynajmniej czasowe, sił w czołówce. Do głosu dochodzi europejska druga liga, a potentaci sprawiają wrażenie, jakby nie do końca jeszcze wrócili z wakacji. W swoich grupach na dalszych miejscach są faworyzowane ekipy Holandii, Belgii, Hiszpanii, Włoch, Portugalii, Szwecji oraz Niemiec. Mistrzowie świata przegrali 0:2 ze sklasyfikowaną wówczas na 70. miejscu w rankingu FIFA Polską, zremisowali na własnym boisku z Irlandią, a w tabeli grupy D zgromadzili po czterech meczach tylko 7 punktów, tyle samo co Irlandczycy i Szkoci.  

 

Mnóstwo niespodzianek

 

W tych eliminacjach było jak w najlepszych dreszczowcach Alfreda Hitchcocka – na początek trzęsienie ziemi, czyli porażka Portugalii (co prawda bez Cristiano Ronaldo) na własnym stadionie 0:1 z Albanią (Antoni Piechniczek, którego 2:2 z Albanią w Mielcu w 1984 roku zostało w Polsce uznane za kompromitację, może wreszcie odetchnąć), a potem już napięcie tylko rośnie.  Nic dziwnego, że trener Portugalczyków Paulo Bento stracił posadę już po pierwszej kolejce, zgłaszając tym samym akces do Księgi Rekordów Guinnessa.

Tych sensacyjnych wyników - po których bukmacherzy zacierali ręce, bo po porażkach faworytów zgarniali niemal całą, a więc w skali świata liczoną w miliardach, pulę do kieszeni – było tej jesieni sporo. Oprócz tych wspomnianych wcześniej - Islandia wygrała z Holandią i Turcją, Belgia zremisowała z Walią i Bośnią, Hiszpania uległa Słowacji, Grecja Wyspom Owczym, Czarnogóra nie potrafiła strzelić więcej goli od Liechtensteinu, a wszechpotężna Rosja od małej Mołdawii. Kończąc tę wyliczankę Bułgarzy u siebie zremisowali z Maltą, Serbia nie dała rady Armenii i Albanii, z którą punkty zgubiła też Dania. Historyczne, bo to w okolicach Rimini zdarza się naprawdę rzadko, punkty zdobyło nawet San Marino, remisując z Estonią.

Faworyci zawodzą

 

Skąd ta niemoc, rozprężenie, falstart europejskich mocarstw futbolowych? Wydaje się, że pewien wpływ na tę sytuacje i niespodziewane rozstrzygnięcia ma decyzja UEFA o powiększeniu liczby drużyn, która zagrają w 2016 roku w finałach mistrzostw Europy we Francji, a co za tym idzie zmiana zasad kwalifikacji do nich. Tym razem bezpośredni awans do Euro uzyskują aż dwie najlepsze drużyny z każdej grupy (a nawet jedna z trzeciego miejsca z najlepszym bilansem spośród dziewięciu grup), a trzeci zespół ma szansę awansować poprzez baraże. Sprawia to, że te najmocniejsze reprezentacje (Niemcy, Hiszpania, Holandia, Włochy), zakładają, że przy tak ułatwionych zasadach, mogą sobie trochę odpuścić i nie muszą zostawiać za dużo zdrowia na boisku, bo co by się nie stało to i tak awansują bezpośrednio, jak nie z pierwszego, to drugiego miejsca. Dlatego nie przejmują się specjalnie jedną, czy drugą wpadką, a wcześniej – gdy musieli zająć pierwsze miejsce w grupie, by bez problemów awansować – musieli się koncentrować niemal na każdym spotkaniu.

W zasadzie nic to nowego we współczesnym futbolu, zdominowanym przez wielkie kluby, obracające nieprzyzwoicie dużymi pieniędzmi. Od dawna mówi się o zbliżającym się zmierzchu futbolu w wydaniu drużyn narodowych (oby było to chybione proroctwo) i przyszłości piłki w elitarnej ekstraklasie najsłynniejszych europejskich klubów. W ostatnich dwudziestu latach gwiazdorzy najsilniejszych reprezentacji nie zawsze do końca poważnie traktowali zwłaszcza mecze towarzyskie, czy te o punkty z niżej notowanymi rywalami. Raczej oszczędzali siły na mecze ligowe i starali się nie narażać na kontuzje, mają bowiem dużo do stracenia, zarabiając w klubach bajońskie sumy, nieporównywalne z tymi w kadrze. Nie dotyczyło to tylko Europy, bo do niedawna wielu Argentyńczyków deprecjonowało wielkość Leo Messiego, twierdząc, że wspaniale gra tylko w Barcelonie, a z reprezentacją ich kraju nie odnosi sukcesów.

 

Poziom się wyrównał

 

Wielcy europejskiej reprezentacyjnej piłki trochę tej jesieni rozczarowali, w większym stopniu odpuścili niektóre mecze, ale… zrobiło to tylko dobrze eliminacjom Euro 2016, bo było ciekawiej, niespodzianki podniosły adrenalinę kibicom, a w przyszłym roku dzięki temu będzie jeszcze bardziej interesująco, bo potentaci będą musieli wziąć się do roboty. I nie będą to dla nich spacerki, bo europejscy średniacy, ta dotychczasowa druga liga, zrobili spore postępy. Wizja realnego przy nowych zasadach awansu do finałów Euro 2016 zmobilizowała wiele zespołów, spisujących się poprzednio dość średnio. A wbrew pozorom – choć niektórzy trochę na wyrost twierdzą, że gdy wchodzą dwie drużyny i trzecia gra w barażach, to awansuje niemal każdy, kto choć w miarę prosto kopie piłkę – nawet do barażów nie załapie się kilka dość wysoko notowanych reprezentacji. Na ten moment poza pierwszą trójką w swoich grupach są takie ekipy jak Turcja, Belgia, Grecja, Czarnogóra, Bułgaria,  czy Serbia, a medaliści ostatnich mistrzostw świata Holendrzy łapią się ledwo na baraże.

Spośród tej europejskiej drugiej ligi robiącej furorę w eliminacjach Euro 2016 jedną z najjaśniej świecących gwiazd była jesienią Polska. Wygrana ekipy Adama Nawałki z mistrzami świata odbiła się głośnym echem na całym świecie i nie miało znaczenia to, że Niemcy byli osłabieni, a zwycięstwo było dość szczęśliwe. Prowadzenie w grupie nie sprawia jeszcze, że możemy czuć się komfortowo i być pewni awansu, czy choćby miejsca w barażach, ale daje bardzo dobrą sytuację wyjściową przed spotkaniami w 2015 roku. Oprócz Polski liderami grup są niespodziewanie tacy europejscy średniacy jak Izrael, Rumunia, Austria, Chorwacja, Czechy, Słowacja, czy Dania. Jedynie przodownictwo Anglii nikogo nie dziwi. Silne drużyny, choć nie są na pierwszych miejscach, zbudowały też Islandia, Słowenia, czy nasz niedawny rywal Szwajcaria, choć ta – mimo utalentowanego pokolenia piłkarzy i znaczącej progresji w ostatniej dekadzie – niezbyt dobrze zaczęła te eliminacje. Ba, coraz solidniej wyglądają drużyny uważane do niedawna za outsiderów – Armenia, Albania, czy Cypr, które potrafią napsuć krwi faworytom i niewykluczone, że będą do końca walczyły o miejsce choćby w barażach, co niedawno jeszcze wydawało się mało realne.

Czechy i Słowacją najbardziej zaskakują

 

Za największą rewelację jesiennych meczów eliminacji euro 2016 trzeba chyba jednak uznać ekipy naszych południowych sąsiadów. Gdyby Czechy i Słowacja jak przed laty znów występowały pod jednym szyldem, to całkiem realne byłoby, że powalczyłyby o tytuł mistrzów Europy. Jak w 1976 roku, gdy Czechosłowacja okazała się najlepsza na Starym Kontynencie, pokonując w finale Niemców, a Antonin Panenka przeszedł do legendy, strzelając Seppowi Maierowi karnego słynną podcinką. W bieżących eliminacjach Czechy i Słowacja są jedynymi, obok Anglii, zespołami, które po czterech kolejkach mają komplet zwycięstw.

Wyniki obu zespołów budzą tym większy szacunek, że nie są to zwycięstwa z kelnerami. Czesi potrafili pokonać trzeci zespół ostatnich mistrzostw świata Holandię oraz wygrać na gorącym terenie w Turcji. Sukcesy Czechów są o tyle zaskakujące, że w ostatnich latach popadli w mały kryzys i wydawało się, że gdy karierę zakończyli lub powoli kończą piłkarze z ich złotego pokolenia (Koller, Poborsky, Nedved, Cech, Baros, Berger, Jankulovski, Rosicky i inni), trudno będzie im nawiązać do wyników drużyny Karola Brucknera. Nową gwiazdą czeskiego futbolu powoli staje się Borek Dockal, strzelec goli w meczach z Holandią, Turcją i Kazachstanem. Z kolei Słowacy – którzy po mundialu w Brazylii dobili krwawiących po klęskach Hiszpanów, wygrywając z nimi 2:1 – zbudowali silną drużynę wokół gwiazdora Napoli i Serie A – Marka Hamsika.

 

Z niecierpliwością czekamy więc na wiosenne mecze w eliminacjach Euro 2016, dalszy ciąg sensacji i wielkich emocji, nie mamy nic przeciwko temu, by ta największa znów stała się udziałem mistrzów świata i biało-czerwonych. I oby sprawdziły się niedawne słowa Jerzego Engela, który stwierdził, że jest przekonany iż Polska wygra swoją grupę eliminacyjną…      

*Autor jest szefem sportu w Polska The Times

 

KLIKNIJ I POLUB POLSATSPORT.PL NA FACEBOOKU!