Sebastian Staszewski: Pana droga do Warszawy okazała się niezwykle długa. Dwukrotnie mógł Pan trafić do Legii, ale na przeszkodzie stawały albo kontuzje, albo wymagania finansowe Radosława Osucha. Dziś czuje Pan ulgę?

 

Michał Masłowski: Ulga to złe słowo, czuję za to radość. Tak naprawdę to nie sądziłem, że zimą zmienię klub. Szykowałem się na zgrupowanie w Hiszpanii, ale to miał być obóz Zawiszy, nie Legii! Myślałem nawet, że w czerwcu będzie dobra okazja, aby ruszyć dalej. Wszystko potoczyło się jednak szybciej. A wcześniej? I jedno, i drugie to prawda, choć szczerze mówiąc nie wiem czy skusiłbym się na Legię. Fakt, interesowali się mną, ale kiedy miałem kontuzję nie chciałem skakać na głęboką wodę.

 

Opuścił Pan tonący okręt i zamienił go na wygodny jacht, zgodzi się Pan?

 

Nie powiem, że uciekłem z tonącego okrętu. W Zawiszy byłem od kilku lat, a teraz sytuacja zrobiła się nieciekawa. Pojawiła się okazja na transfer... Przecież nie czmychnąłem z Bydgoszczy tylnymi drzwiami, klub zarobił na mnie dobre pieniądze. Chociaż i tak nie wiem, jak będą mnie wspominać…

 

Są pretensje?

 

Są. Niektórzy kibice mają je chyba za to, że odszedłem w takiej sytuacji.

 

Do tego przeżył Pan śmierć za życia. Kibice Zawiszy wykopali Panu grób!

 

Nie przestraszyłem się tej akcji z grobami. Co mam sobie do zarzucenia? Nic. Kiedyś powiedziałem sobie, że nie odejdę z klubu za darmo, żeby odwdzięczyć się ludziom, którzy mi pomogli. Swoje założenie spełniłem. Abstrahując od tego to nie fair, że ja i chłopaki zostaliśmy obrażeni w ten sposób. Można wyrażać niezadowolenie, to święte prawo każdego kibica, ale są nieprzekraczalne granice.

 

Z jednej strony szybko trafił Pan do Legii – ledwie po 35 meczach i dziesięciu bramkach w lidze. Z drugiej w grudniu skończył Pan 25 lat. Pana zdaniem – to późno, wcześnie czy idealnie?

 

Idealnie. Pograłem już trochę w Ekstraklasie; w Zawiszy miałem taką rolę, że ciągnąłem wózek. To mi pomogło, ukształtowało mnie. Dzięki temu jest o wiele łatwiej. Nie jestem już młodym zawodnikiem, nie byłem w żadnej akademii, późno zacząłem grać na wysokim poziomie. Czasu jednak nie cofnę. Życie potoczyło się swoim torem, ale ta karuzela ciągle się kręci.

 

Igor Lewczuk, Pana kolega, również były piłkarz Zawiszy po transferze do Legii powiedział mi, że w Polsce polski piłkarz nie może dziś trafić lepiej. Pamiętam też naszą rozmowę sprzed gali zakończenia Ekstraklasy, kiedy został Pan wybrany odkryciem sezonu. Mówił Pan: „Nie chcę wyjeżdżać za granicę. Chcę iść do Legii, tam grać i dopiero później spróbować sił na Zachodzie”. To Pana myśl przewodnia?

 

Na pewno tak. Patrząc na mój wiek mogę powiedzieć, że coś idzie za wolno, ale przynajmniej ciągle do przodu. Nie chciałem więc ryzykować. Pomyślałem nawet, że ciężaru, jakim jest wyjazd za granicę, mogę nie udźwignąć. Miałem też kłopoty ze zdrowiem. Wolałem robić małe kroki, niż zrobić jeden skok i utonąć.

 


Czym kusi dziś polskich piłkarzy Legia?

 

Zawsze było wiadomo, że Legia to Legia…

 

Przepraszam, że przerwę, ale to bla, bla. Chcę wiedzieć, jak jest naprawdę. Jeszcze kilka lat temu Legia nie była takim magnesem, jak dziś.

 

Chodzi głównie o organizację klubu. Stolica też ma swoje zalety. Jeden lubi to, drugi tamto, ale Warszawa to duże miasto, zawsze coś się dzieje. Poza tym fajny zespół, stadion, kibice. Piłkarz nie musi tu myśleć o niczym, poza piłką nożną. Może na Zachodzie to normalność, ale u tu to komfort.

 

Finansowo to był dla Pana duży awans?

 

Jestem zadowolony. Nie miałem wielkich oczekiwań, nie było długich negocjacji. Otrzymałem propozycję kontraktu, zgodziłem się. Na pewno nie powiem, że kasa była moją główną motywacją.

 

Zgodzi się Pan, że Pana przypadek to paradoks? Z jednej strony jest Pan najdroższym transferem Bogusława Leśnodorskiego i spółki, z drugiej – o miejsce na boisku będzie Pan rywalizował z… ich najlepszym transferem, Ondrejem Dudą.

 

O grę walczyłbym z kimkolwiek, z Dudą także. Przyszedłem tu robić swoje. Może nie będę pasował do tego klubu, może będę aklimatyzował się dłużej, a może wskoczę do składu z miejsca? Jeśli będę zdrowy to mam szansę, aby o to powalczyć. Nie boję się rywalizacji. Duda robi różnicę, fajnie się na niego patrzy. Lubię grę kombinacyjną, nie jest mi obca, jemu także. Pożyjemy, zobaczymy.

 

Czeka Pan na transfer Dudy? Latem raczej przesądzone jest, że odejdzie, a to dla Pana może być ogromna szansa na zostanie legijnym rozgrywającym alfa.

 

W ogóle nie myślę w ten sposób. Nie daję sobie miesiąca czy roku na aklimatyzację. Nie czekam, aż Duda odejdzie i wtedy zacznę grać na skróty. Chcę zaaklimatyzować się jak najszybciej, chcę się rozwijać. Prywatnie czasami myślę o przyszłości, sportowo – nigdy. Liczy się tylko to co teraz. A teraz dostałem wielką szansę i spróbuję ją wykorzystać. Nie czyimś kosztem, a tylko dzięki sobie.

 

Czuje Pan satysfakcję z sumy, jaką za Pana zapłacono? 800 tys. euro to w Polsce olbrzymia kwota.

 

Nie interesuje mnie to ile kto za mnie zapłacił. Szczerze? Nawet dokładnie nie wiem. Jeśli ta kwota to prawda to… co z tego? Nie zwariuję, nie będę chodził z głową w chmurach, a ludzie nie zaczną mi się kłaniać. Cieszę się, że Legia mnie chciała, a ile zapłaciła? To sprawa właścicieli, nie Masłowskiego.

 

Pytam, bo mam na języku kolejne pytanie związane z pieniędzmi. Ta suma nie będzie Panu ciążyła? Ivicy Vrdoljakowi, który kosztował równy milion euro, od lat wypomina się kwotę transferu.

 

Zawsze będą takie głosy, co by się nie działo znajdą się nieszczęśliwi. Ile charakterów, tyle opinii. Wypominki pewnie będą, ja zrobię wszystko, aby było ich jak najmniej. Jestem człowiekiem, który przejmuje się drobnostkami, małymi sprawami, ale nie złośliwymi opiniami. Posmakowałem życia, pracowałem fizycznie, stoję mocno na ziemi. Nie dam się zaszczuć. Mówią, że wiele rzeczy po mnie spływa, że trudno do mnie dotrzeć…

 

Na pewno trudno się do Pana dodzwonić!

 

Nie będę ściemniał – czasami nie odbieram i nie oddzwaniam. Albo dlatego, że jestem zajęty, albo dlatego, że zwyczajnie mi się nie chce. Kontakt z rodziną czasami wystarczy.

 

Wracając jeszcze do transferu do Legii. Długo siedział Pan na walizkach? To były napięte chwile, dni?

 

No właśnie nie! Trochę to trwało, ale nie za długo. O wszystkim dowiedziałem się ostatni, serio. Zadzwonił ktoś z Legii, przekazał mi, że kluby się dogadały. Nie musiał nawet pytać czy chcę do Warszawy, bo przecież było wiadomo, że chcę. Od dawna jedynym kłopotem była kwestia odstępnego. Kiedy Legia się z Radkiem dogadała mogłem się pakować. No i jestem.



 

Pamiętam jak Osuch opowiadał w Cafe Futbol, że są dla Pana oferty za dwa i trzy miliony euro, a niewiele zabrakło, aby odszedł Pan z Bydgoszczy za darmo! Czemu przedłużył Pan umowę na kilka miesięcy przed jej wygaśnięciem?

 

Miałem w głowie to, że nie chcę odchodzić za darmo. Pewnie też chciałem się zabezpieczyć, bo byłem przecież kontuzjowany. Najważniejsze było jednak, że choć chciałem transferu do Legii, to nie chciałem, aby Zawisza, aby ludzie, którzy zmienili moje życie, zostali z niczym. Taki cel postawiłem sobie trzy i pół roku temu. Cieszę się, że się udało.

 

Nie opłacało się poczekać, podpisać z Legią kontrakt – mógł Pan to zrobić od stycznia – i dołączyć do niej latem, albo za znacznie mniejsze pieniądze – zimą?

 

Mogłem tak zrobić, oczywiście. Piłkarze biorą przecież pieniądze za podpis. Też mogłem wziąć. Są jednak rzeczy ważniejsze. Chciałem się odwdzięczyć. Wiesz, jakie pojawiały się komentarze po tym, jak przedłużyłem kontrakt? Masakra. Ludzie jednak nie wiedzą o wszystkim. I czasami się już nie dowiedzą. Ja wiedziałem, miałem to w głowie. Dopiero po transferze mogę to wyjaśnić.

 

Na koniec chcę porozmawiać o reprezentacji. Z Warszawy jest bliżej do kadry niż z Bydgoszczy? Tam był Pan gwiazdą, liderem, a w stolicy – jednym z wielu.

 

Do hotelu, gdzie kadra stacjonuje, na pewno bliżej. A czy do kadry? Trener Nawałka zawsze powtarza: będziesz grał w klubie, będziesz w reprezentacji. Szczerze myślę, że gdybym był w jakiejkolwiek drużynie, a występowałbym regularnie, zdobywał bramki i asysty, to dostawałbym powołanie. W Legii na pewno jest o to łatwiej – więcej się o niej mówi, pisze. Ale i tak o wszystkim decyduje boisko.

Kiedy ostatni raz rozmawiał Pan z Adamem Nawałką?

 

Częściej rozmawiam z asystentem Bogdanem Zającem. Byliśmy w regularnym kontakcie; ostatnio rozmawialiśmy dwa, może trzy tygodnie temu, kiedy Zawisza miał treningi na obiektach w Bydgoszczy. Cały czas są więc jakieś sygnały, cały czas jest motywacja, myśl o tym, że mogę być w szerokiej kadrze. Tylko, że nie jestem jedynym, który tego chcę. Selekcjoner powiedział nam jasno: dajcie mi sygnał, wyróżnij się, zagraj dobry mecz. To jest droga, którą chce podążać.

 

Co Pan myślał półtora roku temu? Z Zawiszą awansował Pan właśnie do Ekstraklasy, Pan nie miał za sobą nawet jednego meczu w najwyższej lidze.

 

Nie. Nie ma szans. Naprawdę, to był wówczas mój maks. Pomyślałem sobie, że po awansie pokażę się w lidze, może z Zawiszą coś ugramy. I tyle. Chciałem się wyróżnić. A Legia? Abstrakcja.

 

Za kolejne półtora roku widzi się Pan we Francji na Euro 2016?

 

(długi śmiech) Kurczę, gdyby co półtora roku były takie niespodzianki, to byłoby ciekawie. Wiary mi na pewno nie zabraknie. Musi tylko wystarczyć umiejętności. W sumie czy niemożliwe istnieje?

 

 

KLIKNIJ I POLUB POLSATSPORT.PL NA FACEBOOKU!