Sebastian Staszewski: Po trzech miesiącach przerwy wrócił Pan do treningów z piłką. Ciągnie wilka do lasu?

 

Kamil Grosicki: Wiadomo, że tak. Bieganie samemu czy siłownia, a trening z kolegami, to niebo i ziemia. Strasznie cieszę się z powrotu na boisko, choć sądziłem, że będzie trochę łatwiej. Długo nie trenowałem, odzwyczaiłem się od tego trybu. Wiem jednak, że trzymiesięczna przerwa to i tak nie za długo, bo inni czekają jeszcze więcej. Nie ma się co irytować.

 

Jak wyglądał ten pierwszy trening? Był gaz?

 

Zacząłem już w poniedziałek. Myślałem, że po kontuzji wraca się bezproblemowo, a jest naprawdę ciężko. Odczułem to szybko. Nie grałem w piłkę przez trzy miesiące, pojawił się kryzys. Pewnie nie ostatni, więc muszę zacisnąć zęby i ostrio pracować.

 

Może Pan już ćwiczyć na najwyższych obrotach?

Mogę, mogę. Ćwiczę normalnie, jak cały zespół. Na ręku nie mam nawet ochraniacza, choć wiem, że niedługo taki dostanę. Został już zamówiony w Poznaniu. Wiadomo, że koledzy trochę na mnie uważają. Sam jednak powiedziałem im, aby traktowali mnie normalnie, aby wchodzili ciałem. We wtorek czy środę było już kilka takich sytuacji. Na tym chcę zbudować swoją pewność siebie.

 

W jakim stanie jest w tej chwili Pana ręka?

Powiedziałbym, że jest gotowa na 80 proc. Pozostałe 20 to kwestia wzmocnienia mięśni. Czasami czuję, że lewa nie jest tak naturalna, jak prawa. Czasami czuję ból, choć nie jest on ostry. W gruncie rzeczy minęły dopiero trzy miesiące, więc musi jeszcze poboleć. Da się wytrzymać.

 

Rehabilitacja przebiega bezproblemowo? Wszystko zgodnie z planem czy są jakieś kłopoty?

 

Wszystko poszło super. W Poznaniu miałem naprawdę bardzo profesjonalną rehabilitację, tam też przeszedłem zabieg u doktora dr Przemysława Lubiatowskiego. Ludzie z Rehasportu włożyli w mój powrót naprawdę dużo pracy. Dodatkowo przez miesiąc lekarz i specjalnie przydzielony do tego trener doprowadzali mnie do stanu używalności w Rennais.

 

Trener Philippe Montanier mówił przed świętami w Cafe Futbol, że niecierpliwie czeka na Pana powrót. Czuje Pan, że w Rennes naprawdę Pana wypatrują?

Myślę, że tak. Wcześniej grałem regularnie; byłem w rytmie meczowym; nawet, jeżeli zaczynałem na ławce, to pojawiałem się na boisku. Może nie widać tego po bramkach i asystach, których w tym sezonie nie mam, ale byłem ważnym elementem drużyny. Wyniki są teraz nieciekawe, więc trener Montanier czeka na mój powrót. Dopytuje, kiedy będę gotowy. Jestem bardzo głodny gry, więc w klubie liczą, że to moje szaleństwo wykorzystam, aby pomóc Rennais.

 

Kilka dni temu przepadł Panu duży mecz – Rennes o mało nie zatrzymało w Paryżu wicelidera Ligue1 PSG. Przegraliście tylko 0:1.

Uciekł mi kolejny fajny mecz… Mieliśmy kilka sytuacji stuprocentowych! Jak się takich nie wykorzystuje, to trudno myśleć o pokonywaniu PSG. Szkoda, że graliśmy beze mnie. Na początku sezonu też nie zagrałem z paryżanami. Teraz wyeliminowała mnie ręka, a wtedy uraz pleców.

 

W sobotę zagracie z trzecią drużyną tabeli, Olympique Marsylia. Jest jakakolwiek szansa, że zobaczymy Pana na boisku?

Jestem brany pod uwagę tak, jak inni zawodnicy, więc czas pokaże. Z drugiej strony na nic się nie nastawiam, bo wolę się miło zaskoczyć, niż rozczarować. Od operacji minęło dopiero kilka tygodni więc spokojnie, mam jeszcze czas. Jeśli trener na mnie postawi to znakomicie, jeśli nie – nie będę zły. Na powrót daję sobie jeszcze chwilę. Chciałbym być gotowy na mecz z Tuluzą, a najpóźniej na spotkanie z Bordeaux, 22 lutego. Wtedy już muszę zagrać! To znaczy chciałbym, bo trener na końcu decyzja należy do trenera.

 

Na koniec jeszcze dwa pytania o reprezentację. Będzie Pan w 100 proc. gotowy na marcowy mecz z Irlandią?  

Do Irlandii jeszcze dużo czasu, a więc spokojnie, będę gotowy. Wróciłem do treningów, niedługo zacznę grać i wszystko powinno być w porządku.


Selekcjoner Nawałka często dzwoni, dopytuje?

Dzwoni, dzwoni. Kontakt mamy dobry. I niech tak zostanie.

 

 

KLIKNIJ I POLUB POLSATSPORT.PL NA FACEBOOKU!