Sytuacja z pozoru jest komfortowa. Jesteśmy na pierwszym miejscu w grupie, piłkarze są podbudowani psychicznie, bo wygrali z mistrzami świata Niemcami, a następnie rozgromili Gruzję na jej boisku. Do tego w myśl nowych przepisów do finałów Euro 2016 awansują bezpośrednio dwa zespoły, a trzeci będzie miał jeszcze szansę w barażach.


W praktyce jednak ta droga z nieba do piekła jest bardzo krótka, bo czekają nas w tym roku trzy ciężkie mecze wyjazdowe z Irlandią, Niemcami oraz Szkocją i sytuacja – odpukać, oby nie – może się diametralnie zmienić. Dzieli te dwa skrajne scenariusze cienka czerwona linia, albo raczej nieco szersza kapitańska opaska. Wokół kadry i w jej środku wyczuwa się lekko napiętą atmosferę, która na razie podczas konferencji prasowych przed meczem z Irlandią została rozładowana przez reprezentacyjnych saperów, ale nietrudno sobie wyobrazić, że w pewnym momencie ten ładunek może eksplodować.


Ta mina, nierozbrojony niewypał, zwie się oczywiście Jakub Błaszczykowski. Na razie został zasypany piaskiem i – jeśli w niedzielę wygramy w Dublinie - pewnie tam pozostanie minimum do jesieni 2016, chyba, że wcześniej pokornie posypie głowę popiołem i ogłosi, że do twarzy mu jest bez feralnej opaski i będzie się szeroko uśmiechał do wszystkich na zgrupowaniu. Jeśli nie daj Boże przegramy, wtedy Kuba zapewne zhardzieje, kibice i media zaczną coraz bardziej natarczywie domagać się jego powrotu do kadry, a Nawałka będzie miał twardy orzech do zgryzienia co z tym fantem zrobić, bo powrót Kuby na białym koniu w roli ratownika z pewnością nie spodoba się Robertowi Lewandowskiemu.

 

Forma nie gra roli


Póki co, Błaszczykowskiego w  reprezentacji nie ma, choć do składu Borussii Dortmund wrócił i w Bundeslidze radził sobie ostatnio więcej niż przyzwoicie, zagrał też w Lidze Mistrzów. Tej o której większość naszych reprezentantów może tylko pomarzyć, nie tylko ci z polskiej ekstraklasy. Tak więc tym samym spaliły na panewce tłumaczenia, że Kuba po kontuzji nie jest jeszcze gotowy na grę w kadrze, że nie jest w odpowiedniej formie i że nie został powołany wyłącznie z powodów sportowych.


Nie żartujmy, bo jak mawiał pewien klasyk, takie tłumaczenie „przekracza granice odbioru”. Jeśli Kuba z powodów sportowych nie jest powołany do tej kadry, to co robią w niej Janicki, Gajos, Żyro z Kucharczykiem, a nawet Peszko? Tę sprawę należało załatwić czysto, jasno, nie tworzyć niedomówień i nie narażać na szwank reputacji selekcjonera, bo to wmawianie kibicom i mediom bajek zahacza o naiwność.


Wiadomo, że Kuba nie został powołany do kadry, bo nie pasuje do nie mentalnie, jest w innej reprezentacyjnej frakcji niż „grupa trzymająca władzę (Lewandowski, Krychowiak, Szczęsny) i  jego powrót mógłby zepsuć atmosferę w szatni. Po tym jak bez Błaszczykowskiego wygraliśmy z Niemcami i Gruzją, wskoczyliśmy na pozycję lidera grupy – w dużej mierze dzięki walce, dobrej atmosferze w drużynie, jedności grupy – selekcjoner nie chciał ryzykować zmian i wpuszczenia lisa do kurnika. Jego powrót do zespołu na pewno nie jest na rękę Lewandowskiemu. Nie tylko dlatego, że od dawna nie jest im dane chodzić jedną stroną ulicy. Także dlatego, że „Lewy” dobrze poczuł się w roli kapitana, poprowadził zespół do sukcesów i nikt za bardzo, poza Błaszczykowskim, nie chce tego zmieniać.

 

Nawałka - fałszywy negocjator?


Trudno jednoznacznie oceniać propozycję, którą – według informacji „Przeglądu Sportowego” – Nawałka miał złożyć Błaszczykowskiemu, aby przyjechał na kadrę i podczas konferencji prasowej ogłosił, że dobrze czuje się bez opaski kapitana i generalnie wszystko jest ok. Okazało się, że dla Kuby – jak w filmie „Pulp Fiction” – wszystko „jest ku…o daleko od ok” i na taką propozycję nie przystał. Zdziwiłbym się gdyby było inaczej, bo propozycja ta trochę zajeżdża echem lat na szczęście minionych, gdy towarzysze dostawali do ręki kartkę, którą mieli przeczytać na mównicy, obwieścić narodowi jak to jest w PRL-u wspaniale, ewentualnie złożyć samokrytykę.


Nie wiem na co tak naprawdę liczył Nawałka jadąc do Kuby i proponując mu takie rozwiązanie. Czy, że na Irlandię zamiast krnąbrnego twardziela i walczaka przyjedzie nagle z Dortmundu pokorne jagniątko, które będzie beczeć jak mu zagrają? Czy może założył, podobnie jak Lewandowski, że były kapitan na pewno odrzuci takie rozwiązanie, a to był scenariusz, który pasował osobom obecnie rządzącym reprezentacją Polski. Nie jest już tajemnicą, bo Nawałka sam ja publicznie wyjawił, że obu dżentelmenom Błaszczykowski  miał ochotę przekazać tylko tyle co  Bogusław Linda, czyli „nie chce mi się z wami gadać” i zabawił się w głuchy telefon.

 

...bo to był zły kapitan


Ten cały Kuba tez aniołkiem więc nie jest. A dla jasności, moim skromnym zdaniem Błaszczykowski był złym kapitanem drużyny i mimo swojej waleczności i klasy piłkarskiej w pewnym stopniu hamulcowym kadry. Niby miał dobre występy, ale gdy przychodziły najtrudniejsze, przełomowe momenty, zawodził, znikał, nie potrafił poderwać zespołu do zwycięstwa. Jak na Euro 2012, czy w eliminacjach mundialu 2014. Miał też nienajlepsze stosunki z niektórymi mediami, wygłupił się ze sprawą braku biletów po Euro w Polsce, itd., itp.

 

Podziękowanie mu za kierowanie tonącym okrętem było jak najbardziej wskazane, zwłaszcza, że bez niego ten okręt wyciągnięty został z mielizny i wypłynął na szersze wody. Trzeba było to jednak zrobić inaczej, w lepszym stylu i bez fałszowania rzeczywistości. Wystarczyłoby, że selekcjoner oświadczyłby krótko: „Uznałem, że powołanie Kuby Błaszczykowskiego nie byłoby na dziś dobre dla drużyny i nie decydujące były tu względy sportowe. Nazywam się Adam Nawałka, to ja ograłem Niemców, zdaję sobie sprawę, że jest to kontrowersyjna decyzja, która może się niektórym nie spodobać, ale biorę na siebie odpowiedzialność za jej konsekwencje”.  I nie byłoby tego całego smrodku wokół sprawy Błaszczykowskiego i niedomówień.   


Komuś by się to nie spodobało, ale jak wygramy z Irlandią i pojedziemy do Francji na finały mistrzostw świata, to wszyscy zamilkną, bo co mają powiedzieć. Zwycięzców się nie sądzi, a nieobecni nie mają racji. I ten scenariusz na dziś jest najbardziej realny, bo Polska zwyczajnie jest obecnie lepsza piłkarsko niż Irlandia. Czy to przełoży się na trzy punkty w Dublinie, nie wiadomo, ale pewne jest, że Lewandowski zrobi wszystko, aby tak się stało. A wtedy Kubę w koszulce z orłem na piersi możemy już chyba obejrzeć tylko na archiwalnych filmach.

 

Kuba wiesz dobrze, co byłoby dalej....


Nawiązując do kultowej piosenki zespołu „Kobranocka” – w Dublinie Polacy chcą zanucić „Ogram (Kocham) cię jak Irlandię”. Refren piosenki mocno jednak pasuje do sytuacji Błaszczykowskiego i Kuba mógłby zaśpiewać: „A ty się temu nie dziwisz, wiesz dobrze, co byłoby dalej, jak byśmy byli szczęśliwi, gdybym nie kochał cie wcale”.


Przypadek sprawił, dodając smaczku całej sytuacji, że Błaszczykowskiego na prawej pomocy w Dublinie ma zastąpić Sławomir Peszko, czyli… świadek na ślubie Roberta Lewandowskiego. To, że „Peszkin” jest najlepszym kolegą Lewandowskiego nie ma to oczywiście wpływu na decyzje personalne Nawałki, ale czyni całą sytuację lekko groteskową. W każdym razie wszyscy życzymy sobie, aby Peszko w Dublinie – jak w słynnym meczu z Niemcami w Gdańsku – trzy razy znalazł się sam na sam z bramkarzem, ale aby tym razem choć raz trafił i nie były powodów do żartów. A wówczas w Internecie krążyły dowcipy w stylu „Przychodzi Peszko do knajpy, barman pyta, co podać, a Sławek odpowiada: jeszcze trzy setki poproszę”.


Chciałoby się też, aby na drugim skrzydle Maciej „Zagrałem mnóstwo meczów w kadrze, ale żadnego dobrego” Rybus też strzelił setkę i zmienił nazwisko na Maciej „Wreszcie się przełamałem” Rybus.

 

PS.


Dwa lata temu pisałem dla Polsatu Sport, w okresie „Szczęsnomanii”, że najlepszym polskim bramkarzem jest Łukasz Fabiański, którego karierę zatrzymał Arsene Wenger. Większość osób pukała się wtedy w głowę i uważała mnie za laika. W niedzielę w Dublinie jest szansa, by ta przepowiednia, powoli ziszczająca się w Premier League, stała się faktem na poziomie reprezentacji. Może Arturowi Borucowi lepiej misji „Irlandia” nie powierzać drugi raz. Co prawda w 2009 roku była to Irlandia Północna, ale „Borubar” zapewne po zaserwowaniu tych „klopisków” nie jest już miłośnikiem szlagieru Kobranocki.

Autor jest szefem sportu w „Polska The Times”

 

KLIKNIJ I POLUB POLSATSPORT.PL NA FACEBOOKU!