Sebastian Staszewski: Co Pan robi 4 września?

 

Adam Matuszczyk: Na pewno nie zagram z Niemcami (śmiech).

 

Mecz Pan chociaż obejrzy?

 

Do Frankfurtu nie pojadę, bo mam w tym czasie kilka rodzinnych planów, ale pewnie włączę telewizor.

 

Będzie żal, prawda?

 

Jasne, że tak, bo chciałbym zagrać i to nie tylko z Niemcami, ale w ogóle w tych eliminacjach. Każdy zresztą by chciał. A ten wrześniowy mecz będzie dla mnie szczególny, bo wychowałem się za Odrą, tu gram całe życie. Trudno…

 

Polacy za granicą: Milik i Lewandowski z licencją na gole

 

Od maja jest Pan piłkarzem Eintrachtu Brunszwik. To klub z którego można być powołanym do reprezentacji Polski?

 

Jestem w Eintrachcie między innymi dlatego, żeby wrócić do reprezentacji. Czekam aż przyjdzie dzień, kiedy znów założę biało-czerwoną koszulkę. Kiedy opuszczałem Kolonię chciałem iść do drużyny z ambicjami, która gra o awans sportowy, a gdzie jednocześnie mógłbym występować regularnie.

 

Na razie się to Panu udaje. Zagrał Pan w czterech pierwszych kolejkach.

 

Tak, w meczach z Sandhausen, Kaiserslautern, RB Lipsk i Arminią Bielefeld. W Kolonii byłem aż dwanaście lat i przyszedł czas, aby coś zmienić. Szczególnie, że w ostatnim sezonie grałem bardzo mało. Wybrałem więc Eintracht i na razie – jak widzicie – tej decyzji nie żałuję.

 

To duży problem dla Pana, piłkarza, który już w młodym wieku poznał smak Bundesligi, gdy musi zejść szczebel niżej i tam szukać wysokiej formy?

 

Nie miało dla mnie znaczenia, czy będę w 1. czy w 2. Bundeslidze. Istotne było, żebym grał. Muszę wrócić na właściwe tory i wierzę, że tu mi się to uda. Może nie w tym sezonie, ale kto wie czy za rok nie powalczymy z Eintrachtem o awans do Bundesligi? Później już tylko krok do powrotu do reprezentacji!

 

Ma Pan kontakt z kolegami, którzy są do kadry powoływani?

 

Wiadomo, że mam kontakt ze Sławkiem Peszką, z którym grałem w Kolonii. Dobrze rozumiem się też z Przemkiem Tytoniem. Fajnie, że czasami uda nam się zdzwonić, porozmawiać…

 

A selekcjoner Nawałka się z Panem zdzwaniał?

 

Nie.

 

A spotkaliście się kiedyś?

 

Też nie.

 

To może rozmawiał Pan z asystentami selekcjonera? Z trenerem Tkoczem albo Zającem?

 

Niestety nie… Mój ostatni kontrakt z kadrą był jeszcze za trenera Fornalika. To był chyba mecz z Liechtensteinem w 2013 roku.

 

Dawno, dawno temu… Czuje się Pan więc słabszy niż Jodłowiec albo Mączyński?

 

Rywalizacja w reprezentacji była zawsze, więc to nic nowego. Byłem w tej drużynie, znam smak walki i mam świadomość, że do mojego powrotu potrzebna jest dobra, regularna gra w klubie. Zamiast patrzeć na kolegów, wolę skupić się na sobie. Jeśli zbiorę minuty i dobre noty, jeśli się rozwinę, to trener Nawałka mnie zauważy i powoła.

 

Może powinien Pan wysłać do trenera jasny komunikat, podobnie jak Pana klubowy kolega Rafał Gikiewicz, który często powtarza: „Jestem w dobrej formie i jestem gotowy, aby dostać szansę w reprezentacji”?

 

Cieszyłbym się, gdyby selekcjoner odwiedził nasz klub i tyle. Myślę, że sztab szkoleniowy ogląda mecze Polaków w 2. Bundeslidze i wie, gdzie i jak gra Matuszczyk. Nie muszę się dodatkowo reklamować.

 

A Gikiewicz? Faktycznie zasłużył na powołanie?

 

Myślę, że tak. Rafał jest bardzo dobrym bramkarzem, w klubie nie ma sobie równych. Poziom w drugiej lidze niemieckiej jest naprawdę wysoki, a on daje sobie tu radę. Trzeba go zaliczać do czołowych polskich bramkarzy. Jeśli Rafał w tym sezonie będzie grał równie dobrze, co rok temu, to zasłuży na szansę. Może kiedyś razem pojedziemy na zgrupowanie kadry?

 

To musicie się spieszyć, bo Euro tuż, tuż…

 

O mistrzostwach marzę cały czas. Wiadomo, że Euro już za rok, a więc czasu nie zostało wiele. O samym powołaniu nie myślę jednak za dużo, skupiam się na grze w lidze. Pokazuję się na meczach, treningach. Tylko w ten sposób mogę przemówić do trenera Nawałki. Nic innego zrobić nie mogę.

 

KLIKNIJ I POLUB POLSATSPORT.PL NA FACEBOOKU!