Rok temu Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) przyznał Tokio prawo organizacji igrzysk 2020. Firmowane były jako kompaktowe, ze zbilansowanym budżetem i przygotowane na czas. Euforia Japończyków nie trwała jednak długo.

 

Tokio w wyścigu pokonało m.in. Madryt i Stambuł. Gorącym orędownikiem organizacji igrzysk był premier Japonii Shinzo Abe. Uznał je za dobry impuls do ożywienia gospodarki, tak potrzebnego po tragicznym w skutkach tsunami z 2011 roku. Zapowiedziano najlepsze zawody w historii, co podziałało na wyobraźnię Japończyków.

 

Rok po wystąpieniu premiera Abe, które przekonało członków MKOl na sesji w Buenos Aires, nastroje wśród Japończyków nie są już tak dobre. Politykę rządu, także w sprawie igrzysk, nazwano "Abenomics". Jest to równoznaczne z pojęciem "mowa trawa". Powodem tego są rosnące przewidywane koszty imprezy, konflikt z grupami odpowiedzialnymi za ochronę środowiska, a także wizja jeszcze bardziej zatłoczonego miasta.

 

Jednym z głównych argumentów organizatorów igrzysk była obietnica, że wszystkie konkurencje zostaną przeprowadzone w promieniu ośmiu kilometrów od wioski olimpijskiej. Aby spełnić ten warunek, Japończycy będą musieli wydać co najmniej półtora miliardów dolarów więcej niż sądzili. Przez rok prawie podwójnie wzrosły koszty ziemi, a także materiałów i pracy.

 

Dlatego też w kilku przypadkach zdecydowano się na poszukiwanie innych miejsc na lokalizację aren sportowych. Hala do koszykówki ma być oddalona od Tokio o 25 km. Zmiana dotyczy też akwenu żeglarskiego - pierwotnie olimpijska zatoka była w strefie tokijskiego lotniska Haneda, więc helikoptery obsługujące transmisje telewizyjne nie miałyby prawa lotów. Wszystkie te poprawki muszą zostać zatwierdzone przez MKOl, a to nie będzie proste, gdyż bliskość infrastruktury była atutem Tokio.

 

Niespójności w projektach próbował tłumaczyć Hidetoshi Fujisawa, dyrektor ds. komunikacji z mediami w komitecie organizacyjnym.

 

Nasz zespół opracował najlepszy plan, jaki mógł. Teraz trzeba skupić się na szczegółach operacyjnych i pokonaniu pewnych problemów, które się pojawiły

- zapowiedział.

 

Z tą opinią polemizuje gubernator Tokio Yoichi Masuzoe.

 

Koszty imprezy wzrosną o 20, 30 czy nawet 50 procent. Czy możemy wymagać od wyborców, żeby ponosili taki ciężar?

- zastanawiał się.

 

Rosnące koszty igrzysk to od lat zmora organizatorów. Olimpiada w Londynie w 2012 roku kosztowała ok. 14,6 mld dolarów, trzy razy więcej niż początkowo zakładano. Mimo to została uznana za duży sukces.

 

Tokijczycy obawiają się także dewastacji zielonych terenów oraz jeszcze większego tłumu w najbardziej zatłoczonym mieście świata. Zagrożony jest nadmorski park sosnowy, gdzie mają odbyć się zawody kajakowe. To rezerwat z 50 tysiącami ptaków wędrownych, wiele z nich pod ochroną. By mógł powstać 300-metrowy tor wodny trzeba będzie wyciąć większość drzew.

 

Mówi się, że te igrzyska mają być pokazem naszej gościnności. Ale czy niszczenie przyrody jest gościnne?

- pytał Nobuya Iida, szef Towarzystwa Dzikich Ptaków z Tokio.