Trener Carlo Ancelotti przed pierwszym mecze Ligi mistrzów musi odpowiadać na pytania o ewentualne zwolnienie? Brzmi nieprawdopodobnie, w końcu kilka miesięcy temu dał Realowi dziesiąty Puchar Europy. Ale w tym sezonie zdążył już przegrać Superpuchar i dostać dwa potężne ciosy w Primera Division, w tym bardzo prestiżowy, od Atletico Madryt.

 

Real nie może się chyba podnieść po sukcesie. Dał całą armię zawodników na mistrzostwa świata, a organizmu nie da się oszukać. Najpierw musieli porządnie odpocząć, potem wrócić z tournee po Stanach Zjednoczonych i dopiero można się było na poważnie zająć treningami. Może mecz z FC Basel będzie przełamaniem, bo zwłaszcza pierwsza połowa wyglądała efektownie.

 

Między 14. a 31. minutą Real wbił FC Basel cztery gol (w tym jeden samobójczy), a potem tylko pilnował wyniku. Błędy w obronie jeszcze się zdarzają, ale dla drużyny z Madrytu zawsze ważniejsze było to, co dzieje się pod bramką przeciwnika. Wystarczy spojrzeć na letnie transfery, do drużyny nie przyszedł ani jeden obrońca, a za to kilku graczy ofensywnych. Widocznie tak już musi być.

 

Odnowiony, wzmocniony Arsenal na początek nowego sezonu dostał lekcję skutecznej gry od Borussii Dortmund. Od początku Anglikom nie układała się gra, a najbardziej widoczny był bramkarz Wojciech Szczęsny, który bronił uderzeń Pierre'a Emericka Aubameyanga.

 

Tym razem Borussia była wyjątkowo mało polska, bo Łukasz Piszczek doznał kontuzji tuż przed meczem i nawet nie wyszedł na boisko. Okazało się też, że w Dortmundzie istnieje życie bez Roberta Lewandowskiego. Znakomicie zastąpił go, sprowadzony przed sezonem Włoch Ciro Immobile, który zdobył pierwszego gola dla gospodarzy.

 

Arsenalowi nie pomógł ani jeden z piłkarzy sprowadzonych przed sezonem. Alexis Sanchez - nie istniał. Danny Welbeck - statystował. Arsene Wenger może czuć się oszukany. Wreszcie zdecydował się na wydanie sporej sumy pieniędzy i efekt jest taki sam, jak wtedy, gdy składał funt do funta. Pewnie nieprędko zdecyduje się ponownie na taką rorzutność.

 

Liverpool długo męczył się z europejskim kopciuszkiem, czyli Łudogorcem Razgrad. Gole zaczęły padać bardzo późno. Prowadzenie dał Mario Balotelli i wydawało się, że sprawa została załatwiona. Kiedy w doliczonym czasie Liverpool stracił gola, na Anfield Road wszyscy złapali się za głowy. Wystarczył jednak rajd Javiego Manquillo, którego w polu karnym powalił bramkarz Milan Borjan. Rzut karny wykorzystał Steven Gerrard. Uwaga Europo, Liverpool wrócił. Oni łatwo się nie poddają.

 

Real Madryt - FC Basel 5:1 (4:1). Bramki: dla Realu: Suchy (14 sam.), Bale (30), Ronaldo (31), Rodriguez (37), Benzema (79); dla FC Basel: Gonzalez (38).

 

Liverpool - Łudogorec Razgrad 2:1 (0:0). Bramki: dla Liverpoolu: Balotelli (82), Gerrard (90+3 karny); dla Łudogorca: Abalo (90+1).

 

Olympiakos Pireus - Atletico Madryt 3:2 (2:1). Bramki: dla Olympiakosu: Masuaku (13), Afellay (31), Mitroglou (73); dla Atletico: Mario Mandzukic (38), Antoine Griezmann (86).

 

Juventus Turyn - Malmoe FF 2:0 (0:0). Bramki: Tevez (59, 90).

 

AS Monaco - Bayer Leverkusen 1:0 (0:0). Bramka: Moutinho (61).

 

Benfica Lizbona - Zenit St. Petersburg 0:2 (0:2). Bramki: Hulk (5), Witsel (22). Czerwona kartka: Artur (Benfica, 18).

 

Galatasaray Stambuł - Anderlecht Bruksela 1:1 (0:0). Bramki: dla Galatasaray: Yilmaz (90+1); dla Anderlechtu: Praet (52).

 

Borussia Dortmund - Arsenal Londyn 2:0 (1:0). Bramki: Ciro Immobile (45), Pierre-Emerick Aubameyang (48).