W promocyjne ślady Szpili idą następni pięściarze. Na razie liderem peletonu goniącego Artura jest Dawid Kostecki. „Cygan” po długim urlopie w Bieszczadach zrobił się bardzo aktywny na Facebooku, zmienił fryzurę, umiejętnie się promuje w mediach, ogłosił się samozwańczym mistrzem świata. Tylu śledzących go Facebooku co Szpilka nie ma (Szpila prawie 350 tysięcy, Kostecki – 14 tysięcy), ale na pewno dobije do stu tysięcy i jakiegoś atrakcyjnego finansowo starcia. Czy zmierzy się w nim z... Dariuszem Sękiem?

 

Sęk tak jak Kostecki prowokuje, twierdzi, że jest na polskich ringach najlepszy w wadze półciężkiej i może to „Cyganowi” udowodnić. Ale Kostecki nie chce z nim walczyć, bo – jak twierdził – interesują go walki tylko z najlepszymi. I wybrał... Sołdrę, trochę to dziwne. Nie mam jednak wątpliwości, że w efekcie „podgrzewania atmosfery” w końcu dojdzie do tej walki Kosteckiego z Sękiem.

 

Podobnie było z pojedynkiem Grzegorza Proksy z Maciejem Sulęckim. Początkowo Proksa odrzucał możliwość starcia z Sulęckim, gadania Maćka traktował jako formę autopromocji (dzwonił nawet do mnie pytając dlaczego Polsat pozwala, żeby Sulęcki promował się na jego osobie). Ale kropla drąży skałę, Sulęcki konsekwentnie podgrzewał atmosferę, Proksa wciągnął się w pyskówkę i – przy małej pomocy finansowej Polsatu – dojdzie do ich starcia.

 

To co mówią czasami w mediach: Szpilka, Kostecki, Sęk czy Sulęcki Amerykanie nazywają „trash talking” (śmieciowe gadanie). Tego śmieciowego gadania będzie w polskim boksie coraz więcej. To stanie się elementem promocji walk. To co teraz jest nowością, niedługo będzie normalnością.