W sobotę około godziny 18.40 do ringu w Moskwie wyszedł Paweł Kołodziej, który stanął przed życiową szansą – zdobycia tytułu mistrza świata WBA wagi junior ciężkiej. Żeby jednak pas mógł znaleźć się na jego biodrach najpierw musiałby pokonać Denisa Lebiediewa. Ta przeszkoda niestety okazała się nie do pokonania i Polak padł ciężko znokautowany an deski w drugiej rundzie.


Początkowo mówiłem, że może psychika zawiodła, ale teraz, kiedy patrzę na chłodno, to pierwsza runda taka zła nie była. Była badawcza, a taki cios się może każdemu zdarzyć. Wielka szkoda – twierdzi Szpila.


Dla Kołodzieja to był pierwszy poważny test w karierze. Marzenia o tytule pękły jak mydlana bańka, jednak według Szpilki, nic jeszcze nie jest stracone.


To był tylko jeden cios. Zależy, jak on sobie z tym poradzi psychicznie. Na pewno nie ma co skreślać chłopaka - ocenia.


Dwie godziny później na moskiewskim ringu znalazł się Krzysztof Włodarczyk, który bronił pasa WBC tej samej kategorii wagowej. Niestety i jemu się nie udało. Mocniejszy od „Diablo” okazał się Grigorij Drozd.


Szkoda, bo Krzysiek był bezradny w tej walce. Już wcześniej mówiłem, że spodziewałem się tego po Droździe. Nie jest to głupi zawodnik. Potrafi boksować i rozgryzł Polaka w stu procentach. Szkoda tylko, ze Krzysiek nie poszedł na całość. Drozd bał się wejść w ciosach. Tylko pykał, a bał się zaatakować stanowczo. Nawet jak Krzysiek zamarkował liczenie, to do końca był skupiony i skoncentrowany – komentuje Szpila.


Po tym jak Włodarczyk stracił tytuł, Polska już nie może cieszyć się żadnym mistrzem świata w boksie.

Są wzloty i upadki. Krzysiek jest dobrym zawodnikiem. Jak sobie wszystko w głowie poukłada, to wróci. On jest bardzo niebezpieczny dla każdego pięściarza. Bez pasa niewielu będzie chciało z nim walczyć – podsumowuje pięściarz z Wieliczki.