Mistrz Polski ze Zgorzelca debiutuje w Eurolidze w piątek w Atenach w spotkaniu przeciw Panathinaikosowi, sześciokrotnemu triumfatorowi najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych na Starym Kontynencie.

 

Dylewicz w Eurolidze grał w latach 2004-09 w barwach Prokomu Trefla. Ostatni mecz rozegrał 12 marca 2009, gdy zespół z Sopotu w ostatniej kolejce fazy Top 16 pokonał w Mediolanie Armani Jeans 96:72 i odniósł jedyne zwycięstwo w tym etapie.

 

- Nie pamiętałem nawet, że występ w Mediolanie był moim ostatnim w Eurolidze, jednak te spotkania zawsze kojarzą mi się z wielkimi emocjami. Gdy słyszę przed meczem hymn rozgrywek, to czuję się nadzwyczajnie i jestem dumny, że mogę rywalizować z najlepszymi. Euroliga to NBA na Starym Kontynencie. O amerykańskiej lidze większość zawodników może tylko pomarzyć, oglądać mecze w telewizji albo zapytać Marcina Gortata, jak tam jest. Dlatego występy w Eurolidze to dla mnie zawsze spełnienie marzeń i zaszczyt, rodzaj ukoronowanie kariery – przyznał 34-letni koszykarz.

 

Dylewicz na ponowny występ w Eurolidze będzie musiał jednak jeszcze trochę poczekać, przynajmniej do 2. kolejki, gdy PGE Turów podejmie Fenerbahce Stambuł. Do Aten nie poleci z drużyną z powodu rehabilitacji po kontuzji mięśnia czworogłowego, której doznał na jednym z wrześniowych treningów.

 

- Po urazie w zasadzie nie ma śladu, ale lepiej nie przyspieszać niczego. Od dwóch tygodni trenowałem indywidualnie, od poniedziałku z zespołem, choć nie uczestniczę jeszcze we wszystkich zajęciach. Myślę, że będę już na ławce rezerwowych na ligowy mecz z Kutnem, a jeśli wszystko będzie przebiegać bez kłopotów, to mam nadzieję, że trener Rajkovic będzie mnie widział w składzie na mecz z Fenerbahce – dodał siedmiokrotny złoty medalista MP.

 

Nie ukrywa, że oglądając mecz przed telewizorem będzie się bardziej denerwował niż gdyby był w Atenach.

 

- Nerwy będą większe. Nie będę mógł przecież dla rozładowania emocji pstryknąć żadnego z kolegów w ucho czy klepnąć po ramieniu. Sercem i chęciami będę jednak z chłopakami. Znajdę sobie takie miejsce przed telewizorem, by niczego nie zniszczyć, gdybym w ferworze za bardzo machał rękoma. Mecze z Panathinaikosem zawsze są przeżyciem, bo to, podobnie jak inne zespoły naszej grupy, europejska marka. Dodatkowo atmosfera w hali "Koniczynek" jest niesamowita. Pamiętam swój mecz w Atenach z Prokomem, gdy udało mi się zdobyć 20 punktów i kilka razy trafiłem za trzy punkty. To wzbudziło zdziwienie rywali, że ktoś mający taką technikę rzutu z dystansu jak ja, "zza ucha" trafia do kosza – przypomniał wychowanek Astorii Bydgoszcz.

 

Dylewicz cieszy się, że PGE Turów zmierzy się w grupie z najlepszymi zespołami w Europie, klubami znanymi nie tylko w środowisku koszykarskim, obok Panathinaikosu i Fenerbahce, także m.in. z Barceloną, z Maciejem Lampe w składzie, Armani Mediolan i Bayernem Monachium.

 

- To kluby, który budowały siłę i markę, tworzyły historię Euroligi przez lata. Nawet, jeśli dziś, jak Panathinaikos, nie są sportową potęgą, bo kryzys w Grecji dotknął także koszykówkę, to zawsze rywalizacja z takimi ekipami jest prestiżowa, a zwycięstwo stanowi powód do dumy. Myślę, że koledzy nie będą mieli żadnej tremy w debiucie, że nie sparaliżuje ich doping greckich fanów czy widok oficjeli z cygarami siedzących w pierwszym rzędzie, tuż przy parkiecie – zauważył.

 

Pojedynki z Barceloną i Panathinaikosem w Zgorzelcu będą okazją do spotkania znajomych – Lampego i DeMarcusa Nelsona, z którym Dylewicz grał przed laty we włoskim zespole Avellino.

 

"DeMarcus zrobił niesamowity postęp, szczególnie w minionym sezonie w Partizanie Belgrad. We Włoszech nic nie zapowiadało, że stanie się tak dobrym rozgrywającym, zresztą w Avellino grał jako skrzydłowy. To wyjątkowo miły i fajny chłopak, z którym miałem dobry, bliski kontakt. Cieszę się, że los dał nam szansę spotkania. Będę się starał być gościnny także dla Maćka Lampego, gdy przyjedzie Barcelona. Może zaproszę na spacer wzdłuż Nysy, pokażę mu miasto" – powiedział Dylewicz.

 

Według niego mistrz Polski ma szanse na awans do drugiej fazy, w której wystąpi 16 najlepszych ekip.

 

- Bayern, Armani i Panathinaikosm to zespoły w naszym zasięgu, z innymi też powalczymy. Wielu już przed rozpoczęciem rywalizacji skazało nas na niepowodzenie, a to tylko dodatkowa motywacja. Nie będąc faworytem łatwiej sprawić niespodziankę. Stać nas na pojedyncze zwycięstwa, a gdzie będziemy w grudniu, to się okaże - nadmienił.

 

Co uważa za największą siłę swojego zespołu?

 

- Zespołowość. Nie szarpiemy się, nie wdajemy w indywidualne potyczki, a gramy konsekwentnie. Występy w dwóch minionych sezonach w Lidze VTB zbudowały w nas pewność siebie, a przecież trzy czwarte składu pozostało. Lepiej konfrontować się z najlepszymi i uczyć się od nich. Nawet, jeśli czasami są to gorzkie lekcje, to na końcu właśnie takie doświadczenia procentują. Pokazaliśmy to już w walce o mistrzostwo Polski pokonując Stelmet – podsumował.