Federer w niedzielę tuż przed finałem kończącego sezon turnieju masters ATP World Tour Finals w Londynie zrezygnował z gry, tłumacząc się kontuzją pleców. Niektórzy dziennikarze spekulowali, że wicelider światowego rankingu chciał w ten sposób oszczędzić siły na konfrontację z "Trójkolorowymi" w Pucharze Davisa. 33-letni zawodnik opuścił jednak pierwsze treningi i włączył się do zajęć dopiero w środę.

 

Dzień później, podczas losowania kolejności spotkań singlowych, potwierdzono, że utytułowany tenisista z Bazylei wystąpi w tym meczu. Zaskoczony takim obrotem spraw nie był kapitan gospodarzy Arnaud Clement.

 

Przygotowywaliśmy się na walkę z Rogerem i Stanem Wawrinką w singlu. Nie jest to więc dla nas wielka niespodzianka - podkreślił.

 

Będący drugą rakietą świata tenisista zapewnił z kolei, że jego udział w tym pojedynku nie powinien mieć negatywnych konsekwencji.

 

To, że zagram w piątek, nie jest dla mnie ogromnym ryzykiem. Ufam mojemu ciału i jestem optymistą - zaznaczył.

 

Znajdującemu się w ostatnich tygodniach w wysokiej formie Federerowi bez wątpienia nie brakuje motywacji, by zagrać w weekend w Lille. Ma w dorobku 17 tytułów wielkoszlemowych, 65 triumfów w innych turniejach ATP oraz medale olimpijskie. Do kompletu brakuje mu właśnie sukcesu w Pucharze Davisa. W tym sezonie wrócił do reprezentacji po rocznej przerwie.

 

Szwajcarscy kibice obawiali się, czy atmosfery w ich drużynie przed finałową rywalizacją nie zepsuje spięcie, do którego doszło między słynnym zawodnikiem z Bazylei a Wawrinką przy okazji sobotniego półfinału ATP World Tour Finals. Jak relacjonowały media, powodem pomeczowej kłótni miało być głośne dopingowanie Federera przez jego żonę Mirkę tuż przed wykonywaniem serwisu przez Wawrinkę, na co uskarżał się zwycięzca styczniowego Australian Open.

 

Wawrinka zapewnił jednak dwa dni temu, że zapomniał już zarówno o tym incydencie, jak i o sobotniej porażce z wyżej notowanym rodakiem. Ten drugi z kolei zamieścił w sieci zdjęcie szwajcarskiej ekipy, na którym stoi ramię w ramię z niedawnym przeciwnikiem.

 

Organizatorzy tegorocznego finału Pucharu Davisa postarali się, by impreza pozostała na długo w pamięci kibiców. Mecz odbędzie się na stadionie piłkarskim. Dzięki temu na trybunach zasiądzie 27 tysięcy osób. Bilety wyprzedano z dużym wyprzedzeniem. Zdecydowano się na kort ziemny. Dziennikarze spekulowali, że "Trójkolorowi" liczą, iż ich rywale będą sobie gorzej radzić na "mączce" niż na innych rodzajach nawierzchni.

 

Jako pierwsi w piątek do rywalizacji przystąpią Wawrinka i Jo-Wilfried Tsonga. Po nich zmierzą się Federer ze znanym z nieszablonowych zagrań Gaelem Monfilsem. Dzień później odbędzie się pojedynek deblowy, a na niedzielę zaplanowano dwa kolejne mecze singla.

 

W zespole Szwajcarów są jeszcze Marco Chiudinelli i Michael Lammer, a skład gospodarzy uzupełniają Gilles Simon i Richard Gasquet. Atutem tych ostatnich jest właśnie wyrównany poziom prezentowany przez wszystkich tenisistów w drużynie.

 

To będzie 13. pojedynek tych ekip. Aż 10 z dotychczasowych wygrali Francuzi.

 

Helweci czekają na historyczny sukces w tych rozgrywkach. W finale poprzednio wystąpili 22 lata temu. "Trójkolorowi" mają w dorobku dziewięć triumfów, ostatni świętowali w 2001 roku.