Nie wiem jaki był rekord do tej pory, ale istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że został ustanowiony w Bydgoszczy podczas meczu (wtedy) Delecty ze Skrą w 2007, albo w 2008 roku. Dokładnie nie pamiętam który to był rok, ale pamiętam, że byłem na tym meczu i przeżyłem mały szok, bo Łuczniczkę znam od 2003 roku i nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek było w niej tylu ludzi na meczu reprezentacji Polski, co wtedy na spotkaniu naszej ligi. Zapamiętałem z tego meczu jeszcze jedną rzecz, trzeba przyznać raczej niecodzienną, że grubo ponad połowa tej publiczności, nawet ta pochodząca z Bydgoszczy i okolic kibicowała… Skrze.

 

Założyłem, że rekord frekwencji naszej ligi należy na razie do Bydgoszczy, bo miasto to dysponuje największą halą. Tylu ludzi co do Łuczniczki z pewnością nie wejdzie na Torwar, gdzie czasami występuje warszawska Politechnika, na Podpromie w Rzeszowie chętnych byłoby pewnie z kilkanaście tysięcy, ale miejsc jest ile jest. Na siłę, z dostawkami można by pewnie, porównywalną liczbę upchnąć w nowej hali w Częstochowie, ale z różnych powodów na razie to raczej niemożliwe.

 

Rekord frekwencji z 1997

 

A propos Częstochowy, mojego rodzinnego miasta i frekwencji na meczach. Kibice, którzy pamiętają czasy tak zwanej „Świętej wojny”, czyli spotkań AZS-u z Mostostalem Kędzierzyn doskonale wiedzą, że zdobycie biletu na decydujące mecze o medalach (czytaj złocie) graniczyło z cudem. Hala Polonia mogła pomieścić niewiele ponad trzy tysiące widzów. Nie wiem jakim cudem, ale na te najważniejsze mecze, klubowym działaczom udawało się uzyskiwać zgodę na wpuszczanie widzów także na balkon okalający cały obiekt.

 

Rekord frekwencji na meczu AZS-u z Mostostalem w hali Polonia padł w 1997 roku i według kilku źródeł wyniósł – uwaga – sześć i pół tysiąca widzów. Ci którzy tego meczu nie pamiętają, a halę Polonia znają, zastanawiają się pewnie jak to możliwe? Już wyjaśniam. Stało się tak dlatego, że razem z rekordem frekwencji padły także… drzwi szturmowane przez kibiców, którzy chcieli zająć jak najlepsze miejsca. Nie było wtedy numerowanych biletów, a o miejscu w hali decydowała stara podwórkowa zasada „kto pierwszy ten lepszy”. Wielu z Was wyda się to nieprawdopodobne, ale przed halę, którą otwierano z reguły 2 godziny przed meczem, trzeba było przyjść dobre trzy, cztery godziny wcześniej.

 

Zdobywcy Pucharu Challenge

 

Wracając do tego pamiętnego meczu z 1997 roku. Ochroniarzami na meczach byli wtedy głównie starsi panowie dorabiający sobie do emerytury, dlatego nie dziwota, że przegrali z tłumem napierającym na drzwi. Szans nie mieli żadnych, bo było ich raptem kilkunastu, do tego kilku z nich w czasie szturmu kibiców na drzwi postanowiło sobie zrobić… przerwę na papierosa i udać się w jakieś bezpieczniejsze miejsce.

 

Atmosfera tamtego meczu była niesamowita, doping nieprawdopodobny. Idę o zakład, że czegoś takiego hala Polonia nigdy nie przeżyła, nawet wtedy kiedy akademicy odprawiali w pucharze Iskrę Odincowo, walczyli z Panini Modena, Sisleyem Treviso, czy zdobywali Puchar Challenge. Widok tego tłumu okalającego boisko oraz wypełnione kibicami boczne sektory pamiętam doskonale. I pamiętam też, że nikt nie narzekał na widoczność, dosłownie na nic, bo to był mecz z gatunku tych, na których po prostu trzeba było być. Ja byłem. Siedziałem w pierwszym rzędzie krzesełek na parterze.

 

W niedzielę w Łodzi też będę…