W 2011 roku Bradl pokonał Marca Marqueza w drodze po mistrzostwo Moto2. Co prawda zrobił to o włos i chyba tylko dlatego, że Hiszpan z powodu kontuzji nie mógł wystartować w dwóch ostatnich wyścigach sezonu, ale tak czy inaczej w nagrodę, w pełni zasłużenie, otrzymał bezpośredni kontrakt z Hondą na starty w MotoGP we włoskiej ekipie LCR.

 

W pierwszym roku nikt nie nakładał na niego presji. W drugim zrobił postępy, ósme miejsce w tabeli zamieniając na siódmą lokatę, zdobywając 21 punktów więcej, a do tego raz stając na podium i na pole position. Honda liczyła co prawda na więcej, ale podium na torze Laguna Seca – także trochę szczęśliwe, bo wywalczone w obliczu kontuzji Jorge Lorenzo i Daniego Pedrosy – wystarczyło, aby Niemiec mógł przedłużyć swoją umowę na kolejny rok.

 

Tym razem nie było już jednak wymówek. Od Bradla oczekiwano walki o podia i dotrzymywania kroku zawodnikom zespołów Repsol Honda i Movistar Yamaha. Tymczasem Niemiec zaliczył swój najgorszy sezon w królewskiej klasie, kończąc zmagania na dziewiątym miejscu w tabeli, ani razu nie stając na podium i zdobywając aż 39 punktów mniej, niż rok wcześniej.

 

Nie pomogła mu z pewnością operacja drętwiejącego przedramienia – klasyczny problem zawodników MotoGP – jakiej musiał poddać się na początku sezonu, po Grand Prix Hiszpanii. Z drugiej strony w tym samym momencie identyczny zabieg przeszedł Dani Pedrosa, który na dojście do siebie potrzebował dwóch wyścigów, a trzy kolejne ukończył na podium.

 

Bradl też bliski był w tym roku pudła. Największą okazję miał podczas domowego wyścigu o Grand Prix Niemiec. Przelotne opady deszczu tuż przed startem i przesychający tor sprawiły, że cała czołówka po okrążeniu rozgrzewającym zjechała do alei serwisowej po drugie motocykle, zaopatrzone w suche opony i ustawienia. Ekipa Bradla opony zmieniła jeszcze na polach startowych, ale ustawień zawieszenia już nie zdążyła. Tym sposobem Niemiec ruszał z pierwszego rzędu, a za sobą miał tylko kilku zawodników z samego końca stawki. Kilkunastu rywali ruszało z ciasnej alei serwisowej i po pierwszym okrążeniu miało do Niemca gigantyczną stratę. Niestety, Bradlowi nie udało się przed własnymi kibicami nie tylko wygrać, czy stanąć na podium, ale nawet zdobyć punktów. Problemy ze zbyt miękkim na przesychający tor zawieszeniem sprawiły, że do mety dojechał absolutnie wściekły, dopiero na szesnastym miejscu.

 

Często tracił też tempo pod koniec wyścigów, po części dlatego, że zbyt szybkie zużywanie opon było jednym z jego problemów przez wszystkie trzy sezony. Innym była podobno także kondycja, a jego mentor, były mistrz świata Toni Mang zarzucił mu nawet, że nie trenuje wystarczająco intensywnie i brakuje mu przez to formy. Cierpliwość straciła także Honda, która latem podpisała kontrakt z Brytyjczykiem Calem Crutchlowem, zmuszając Bradla do znalezienia sobie nowego pracodawcy.

 

Z sezonie 2015 będzie nim włoska ekipa NGM Mobile Forward Racing. Z jednej strony to dla Stefana, syna byłego wicemistrza świata klasy 250 ccm – Helmuta Bradla, nowa szansa i nowe rozdanie. Będzie mógł spróbować swoich sił na innym motocyklu, Yamasze w specyfikacji Open, która teoretycznie może okazać się całkiem nieźle dostosowana do jego płynnego stylu jazdy. Aleix Espargaro był w stanie wywalczyć na niej ósme miejsce w klasyfikacji generalnej i raz stanąć nawet na podium. Aby potwierdzić swoją klasę, Bradl musi jednak przynajmniej wyrównać ten wynik.

 

Nie będzie to łatwe. Bradl nie został mistrzem świata Moto2 przez przypadek, ale ostatnie trzy lata pokazały, że nie jest chyba zawodnikiem takiego kalibru, jak Marquez, Rossi, Lorenzo czy Pedrosa. Walka o potencjalne podia będzie teraz dla niego jeszcze trudniejsza, a priorytetem będzie udowodnienie, że zasługuje na miejsce w królewskiej klasie. Tym bardziej, że na horyzoncie pojawili się inni młodzi, szybcy Niemcy, jak Jonas Folger czy Marcel Schrotter, którzy chcieliby zająć w przyszłości jego miejsce w MotoGP.

 

Zanim zaliczył swoje pierwsze testy w nowej ekipie, Bradl tak oto podsumował swoje trzy sezony w barwach LCR Hondy w rozmowie z Polsatem Sport:

 

Michał Fiałkowski: Stefan, co było największym wyzwaniem przez te trzy lata?

Stefan Bradl: Wyzwanie cały czas stawało się coraz większe, ponieważ przez te trzy sezony rywale wciąż robili postępy, a nasz motocykl mocno się zmienił. Cały czas musisz mierzyć się z nowymi rzeczami. Niestety w tym roku wyniki nie były tak dobre jakbyśmy chcieli.  Z wielu powodów nie poszło mi wystarczająco dobrze, ale myślę, że jeśli weźmiemy pod uwagę czasy, to nadal byliśmy bardzo blisko czołówki.

 

Z wielu powodów? Jakich?

Na początku sezonu byłem szybki, ale miałem też trochę pecha, ponieważ po wyścigu w Jerez musiałem przejść kolejną operację drętwiejącego przedramienia. Później zaliczyłem kilka wywrotek i nigdy nie doszliśmy do siebie. Mieliśmy też pecha jeśli chodzi o pogodę i kilka niefortunnych decyzji z nią związanych, ale zawsze dawaliśmy z siebie wszystko.

 

Jakby wynik dałbyś sobie za te trzy sezony? Od 1 do 10?

Pewnie cztery, ponieważ brakowało nam wszystkiego po trochu. Byliśmy całkiem szybcy, ale nie udało nam się złożyć wszystkiego w jedną całość w dniu wyścigu. To trochę pechowe.

 

Na dystansie okrążenia, gdzie dokładnie tracisz czas do Marca Marqueza?

On jest w innej sytuacji. Ma mnóstwo pewności siebie, jest bardzo utalentowany. Jest w stanie wycisnąć wszystko z motocykla i złożyć wszystko w jedną całość, a do tego robi to przez cały czas. To jego największa zaleta. Wykonał fantastyczną robotę i bardzo trudno było dotrzymać mu kroku. Bardzo mocno wykorzystuje tylną oponę na wejściach w zakręty, co oczywiście pomaga mu w szybkiej jeździe. Skopiowanie jego stylu jazdy nie jest jednak łatwe. Próbowaliśmy iść w podobną stronę, ale to trudne, bo on używa nie tylko innego stylu jazdy, ale także innych ustawień podwozia.

 

Jak oceniasz swoje przygotowanie kondycyjne?

Myślę, że jestem w formie, choć przesiadka z Moto2 do MotoGP to duże wyzwanie dla organizmu. Po wyścigu zawsze potrzebujesz odpoczynku.

 

Musiałeś zmienić swój trening po awansie do MotoGP?

Nie. Po prostu musiałem ćwiczyć więcej i bardziej intensywnie. Trening zmienia się też z wiekiem i kontuzjami.

 

Świetnie dogadywałeś się z ekipą LCR. Żal ci tego, że musiałeś ją opuścić?

Świetnie się tam czułem. To był fantastyczny czas, a w ekipie panowała świetna atmosfera. Nigdy nie zapomnę tego okresu. Niestety w tym padoku czasami nie możesz spędzić całego życia razem. Tak już jest. To nie żaden wielki dramat.

 

Masz żal do Hondy, że nie chciała przedłużyć z tobą kontraktu?

Nie spisałem się tak jak chciałem i jak się spodziewałem, czy jak spodziewała się Honda, więc obie strony musiały się rozejrzeć za innymi opcjami. Efekt jest taki, że idziemy w inne strony, ale to nic nietypowego.

 

Marquez jeździ bardzo agresywnie, Jorge Lorenzo bardzo płynnie. Gdzie wpisuje się pomiędzy nimi Stefan Bradl?

Chyba idealnie w środku. Jeżdżę dość płynnie, ale czasami jestem dość agresywny podczas hamowania.

 

Jesteś mistrzem świata Moto2 i zawodnikiem MotoGP. Jak bardzo zmieniło to twoje życie?

To duża zmiana. Jesteś rozchwytywany przez fanów i sponsorów, a to oznacza, że jesteś bardziej zapracowany pomiędzy wyścigami i dużo podróżujesz, ale lubię to. Jak w życiu, niektóre dni są idealne, inne już nie, ale bardzo podoba mi się życie zawodnika MotoGP.