10 lat temu, 24 grudnia 2004 roku zmarła Elwira Seroczyńska, nasza najbardziej utytułowana panczenistka. W 1960 roku, kiedy żeńskie łyżwiarstwo szybkie debiutowało w programie igrzysk olimpijskich, zdobyła srebrny medal w wyścigu na dystansie 1500 metrów.

A o mały włos na igrzyska nie pojechałaby wcale. W polskim składzie na imprezę w Squaw Valley, łyżwiarek szybkich nie było wcale. Na szczęście, krótko przed igrzyskami dwie z nich: Helena Pilejczyk i Elwira Seroczyńska pojechały do Kazachstanu. Trenerzy nie mogli tam uwierzyć własnym oczom: obie dziewczyny były tylko minimalnie słabsze od najlepszych na świecie łyżwiarek sowieckich. Zatem w Squaw Valley nikt nie widział w Polkach zagrożenia. A Elwira Seroczyńska opowiadała, że czuła, iż coś wisiało w powietrzu, coś dobrego :
Po raz pierwszy w życiu doznałam odczucia niezwykłej, niesamowitej lekkości. Rozmawiałam o tym z jednym z zawodników radzieckich. Ale on kręcił głową i mówił, że to niedobrze. „U mnie dobra forma, kiedy ciężkie nogi”.
Seroczyńska nie przejęła się słowami sowieckiego czempiona. A na dobrą wróżbę, 20 lutego, wioskę olimpijska odwiedził ówczesny  wiceprezydent USA Richard Nixon, który widząc orzełki na dresach zawodników krzyknął „Niech żyje Polska!”. Dzień później zakrzyknęli tak kibice, gdy Elwira Seroczyńska zdobywała srebrny medal a Helena Pilejczyk brąz.

 

fot. olimpijski.org

Elwira Seroczyńska wicemistrzynią igrzysk. Helena Pilejczykowa trzecia w sensacyjnym biegu na 1500 metrów” – komentował Przegląd Sportowy. 

O podtekstach tego drugiego biegu mówiono długo jeszcze po zawodach. Zauważono, że gdyby Pilejczyk nie jechała tak szybko, jej rywalka w parze, Rosjanka prawdopodobnie nie pojechałaby na rekord świata i złoto mogłoby przypaść Seroczyńskiej. Pani Elwira miała jeszcze swoją szansę na złoto, realną szansę. Do zajęcia pierwszego miejsca w biegu na kilometr zabrakło jej 70 metrów . Tak red. Tadeusz Olszański  na gorąco zapisał przed 54 laty słowa Seroczyńskiej:
Od startu biegłam jak szalona, szybko weszłam w swój rytm i jakbym nie czuła oporu powietrza, mknęłam po lodzie szybciej niż kiedykolwiek w życiu. Kiedy wjeżdżałam na ostatni wiraż, trener stojący tam ze stoperem krzyknął do mnie - Masz złoty medal! Pochyliłam się jeszcze niżej i wzięłam wiraż. Nie dałam się wyrzucić sile odśrodkowej, trzymałam się jak najbliżej usypanej ze śniegu bandy. Wyjeżdżałam na ostatnią prostą. Już tylko kilkanaście metrów... i właśnie wtedy potknęłam się. Upadłam! Wytraciłam cały pęd, szorując ciałem po lodzie. Koniec! Nie będzie złotego medalu, nie będzie żadnego innego medalu! Co gorzej, nie będzie chyba nigdy w życiu takiej szansy po raz drugi!
Reuter i inne światowe media krzyczały wielkimi literami:

Wielkie nieszczęście spotkało Polkę Seroczyńską w ostatniej parze biegu na 1000 metrów. Pech pozbawił Polkę niemal pewnego złotego medalu.

Wiele lat później podczas Igrzysk w Soczi przypomnieli o tym zdarzeniu Holendrzy, którzy po sensacyjnym złotym medalu Zbigniewa Bródki komentowali, że los zwrócił Polsce to, co zabrał 54 lata wcześniej.

 

Elwira Seroczyńska święciła jeszcze wiele sukcesów. W 1962 roku zdobyła mistrzostwo świata na dystansie 500 metrów. Po zakończeniu kariery trenowała polską kadrę łyżwiarzy szybkich.