Janusz Kalinowski: Święta, święta i już po...

Adam Małysz: Jak zwykle o tej porze trochę mi jest smutno, że ten wyjątkowy czas szybko minął. Boże Narodzenie jest dla mnie najbardziej przyjemnym okresem w całym roku. Spędziłem go w gronie najbliższej rodziny. Była tradycyjna, staropolska Wigilia, z ulubionym przeze mnie barszczem oraz karpiem, i oczywiście Pasterka.

Pan jest ewangelikiem, żona katoliczką.

Zarówno katolicy, jak i ewangelicy, obchodzą bardzo uroczyście Boże Narodzenie. Nie ma zbyt wielu różnic. Upamiętnianie narodzin Jezusa dla obu naszych kościołów jest bardzo ważne i mocno związane z tradycją. To nie przeszkadza w życiu na co dzień i nie wadzi w święta. Na Pasterkę poszedłem razem z żoną i córką do kościoła katolickiego.

Przygotowania do świąt trwają u wielu osób bardzo długo. Zazwyczaj skupiamy się na... zakupach.

Denerwuje mnie to szaleństwo, które z każdym rokiem się wydłuża. Z młodości pamiętam, że dopiero po Mikołaju spokojnie wprowadzało się w ten magiczny czas. Dziś już nawet przed Dniem Wszystkich Świętych (1 listopada) widać w centrach handlowych bożonarodzeniowy wystrój. Kiedyś nie było tyle reklam związanych ze świętami co teraz, a media podsycają jeszcze to wszystko.

Nie jest więc pan zwolennikiem takiej gorączki, takich działań.

 

Absolutnie. Mam tego przesyt, ale cóż zrobić, świat się zmienia, tylko nie w tym co trzeba kierunku. Zanika atmosfera, jaka powinna towarzyszyć nam w tych wyjątkowych dniach. Dla mnie Boże Narodzenie od zawsze było czasem rodzinnym i radosnym, bardziej duchowym, czymś znacznie ważniejszym niż zwykłe pielęgnowanie tradycji.

 

Tradycją jest też zabawa sylwestrowa.

 

Niestety, tym razem znów nie będzie kultywowana w rodzinnym gronie, tak jak rok temu, po raz pierwszy od 17 lat. 37. edycja Rajdu Dakar rozpocznie się 4 stycznia w Buenos Aires, więc trzeba być w Argentynie parę dni wcześniej. Z Polski odlecę z końcem grudnia i nie wiem jeszcze gdzie pożegnam rok 2014 i powitam 2015.

- To był rok, dobry rok. Z żalem dziś żegnam go. Miejsce da nowym dniom stary rok, dobry rok - śpiewał z zespołem Czerwone Gitary Seweryn Krajewski. A dla pana jaki to był rok?

Generalnie dobry, z nutką żalu, że w końcowej fazie Rajdu Dakar opuściło nas szczęście. Na drodze leżał głaz, nie było szans go minąć, urwało się koło, poważnie uszkodziło się zawieszenie, a wkrótce po naprawie spaliły się hamulce. W efekcie spadek z dziewiątego na 13. miejsce. Potem tak źle już nie było. Sześć imprez, cztery ukończone, dwukrotnie na drugiej pozycji. Być na podium to wspaniałe uczucie.

Stary rok da miejsce nowym dniom...

Chciałbym, aby każdy był udany, szczęśliwy. Nowy rok zacznę na bezdrożach Argentyny, Chile i Boliwii. Ukończenie Rajdu Dakar w czołowej dziesiątce to moje pragnienie, to mój cel.

Kiedyś pan powiedział, że będzie tak długo startował w tej imprezie, aż zostanie zwycięzcą.

Zawsze, zresztą jak każdy sportowiec, stawiałem i nadal stawiam sobie najwyższe cele. Jednak patrzę na wszystko z realnej pozycji i dziś nie mówię, że wygram. Rajdy to taki sport, gdzie o powodzeniu decyduje nie tylko kierowca i jego pilot. Awarii ulegają najlepsze pojazdy. Poza tym trzeba mieć szczęście. To jest największy dar. Na nic zda się świetny samochód i znakomite przygotowanie, jeśli człowiek nie będzie miał farta.

Nadal ma pan taki zapał do treningów i startów, gdy zmieniał pan narty na fotel kierowcy?

Motoryzacja była i jest moim hobby od lat. Rajd Dakar tak mnie bardzo wciągnął, że dziś nie wyobrażam sobie, abym mógł w nim nie wystartować. Jeśli nawet dostanie się po tyłku więcej niż się można było spodziewać, to chce się tę imprezę powtórzyć. Dachowania, urywanie kół, czekanie na serwis sprawia, że można się szybko zrazić. Ja byłem na to przygotowany i może z tego powodu się nie zniechęciłem. Poza tym widziałem postępy, a to mnie motywowało.

Nie określa pan zatem dnia zakończenia kariery kierowcy?

Absolutnie. Nawet jak skakałem, to również nie zakładem żadnej daty granicznej. Ale tych dwóch dyscyplin nie da się porównać, przede wszystkim pod względem finansowym. Sport motorowy jest bardzo kosztowny. Bez sponsorów nie da się trenować i startować. Sam tego bagażu nie udźwignę, więc... Moja kariera potrwa tak długo, jak będę miał wsparcie.

26 marca 2011 roku oddał pan w Zakopanem ostatni skok w karierze. Jak dziś ocenia pan tę decyzję?

Wszystko ma swój koniec i wiadomym było, że kiedyś taka chwila musiała nadejść. Uważam, że podjąłem ją we właściwym momencie. Skakałem przez 27 lat. Po zakończeniu jednego rozdziału, chciałem przejść do następnego. Wtedy moje marzenia nie wybiegały do takich imprez jak Dakar. Myślałem sobie, że fajnie byłoby kiedyś przeżyć jakąś przygodę, siedząc za kierownicą. Kiedy dostałem propozycję startu w najtrudniejszym rajdzie świata, początkowo wydawało mi się to wszystko snem. Jeszcze na lotnisku w Warszawie pytałem siebie: Adam, co ty tu robisz?

Przez lata pana panowania na skoczniach modne było hasło "Leć, Adam, leć", a po zejściu z tej narciarskiej sceny kibice zmienili je na "Jedź, Adam, jedź"...

 ... i dojedź do mety. Na dobrym miejscu. O to, jeśli można, proszę moich fantastycznych fanów, by mi tego życzyli i lampkę szampana w Nowy Rok wypili. Powodzenia, a nade wszystko szczęścia, tego mi najbardziej potrzeba.

x x x

37. edycja Rajdu Dakar rozpocznie się 4 stycznia w Buenos Aires. Zawodnicy będą mieli do pokonania ponad 9 tys. km przez terytoria Argentyny, Chile i Boliwii. Meta - 17 stycznia w centrum stolicy Argentyny.