Owszem już w 1998 i 2000 Real wygrywał te rozgrywki, ale dopiero przyjście Zizou, brazylijskiego Ronaldo czy później Beckhama miało naznaczyć epokę. W sumie tak się stało, ale efekt był przeciwny do zamierzonego… Zamiast pucharów i rekordów przyszło fiasko projektu Florentino Pereza. Na sukcesy takie jak te z przełomu XX i XXI wieku kibice Realu musieli czekać ponad dekadę…

Carlo Ancelotti – Król Madrytu

Ten tytuł miał należeć do Jose Mourinho. Portugalczyk miał być zbawcą Realu. Moim zdaniem podłożył grunt pod obecny zespół Królewskich, ale ostatecznie w trzy lata zdobył (zaledwie?) Ligę i Puchar Króla, a na dodatek ze wszystkimi dookoła toczył mniejsze bądź większe wojny.

Po krewkim Portugalczyku nastąpił czas stonowanego Włocha i dopiero on zapanował nad Realem, notując z zespołem najlepszy rok w historii klubu! Dla przypomnienia:

- La Decima

- Puchar Króla

- Superpuchar Europy

- Klubowe Mistrzostwo Świata

A do tego doszła masa rekordów:

- passa 22 zwycięstw z rzędu zakończona w niedzielę na Mestalla

- Przed meczem z Valencią 159 bramek w 53 ligowych meczach, co daje rekordową średnią 3 goli na mecz

- 178 bramek na wszystkich frontach w roku kalendarzowym – rekord wśród hiszpańskich drużyn

Nikt nie wyobraża sobie teraz Realu bez włoskiego szkoleniowca…

Piłkarze na szczycie

Zawodnicy na każdym kroku podkreślają, że Carletto wie, czego im trzeba, że ich rozumie, że był piłkarzem i ma do nich znakomite podejście. To również dzięki niemu Cristiano Ronaldo strzela jeszcze więcej bramek. To dzięki niemu Sergio Ramos w końcu stał się liderem zarówno obrony jak i całej drużyny. To dzięki niemu Isco jest teraz uwielbiany w całej Hiszpanii. To dzięki niemu Luka Modrić został czołowym środkowym pomocnikiem na świecie. A wymieniać można dalej…

Naturalnie można nie lubić Realu, można go nawet nienawidzić, ale Ci, którzy mają takie odczucia muszą jednak obiektywnie przyznać, że Ancelotti stworzył maszynę. Maszynę, w której każdy element funkcjonuje znakomicie i wie, że do sukcesu potrzebne są poświęcenia.

Pozostać na tronie

Real jest teraz na szczycie. Bez dwóch zdań. Jednak Ancelotti to inteligentny człowiek. Doskonale wie i sam to powtarza, że wszystkie rekordy nie będą miały znaczenia, jeśli na koniec nie podniesie się jakiegoś pucharu.

A pobić osiągnięcia poprzedniego roku będzie ciężko. Do tego byłaby potrzebna potrójna korona – pierwsza w historii klubu. Na dziś można jednak śmiało zapytać: dlaczego nie? Real ma wszystko, co potrzebne, żeby ten cel zrealizować. To jest wykonalne, tym bardziej, że u piłkarzy absolutnie nie widać przesytu zwycięstwami. Grać i wygrywać, zapisać się w historii, jako pierwszy zespół wygrać Ligę Mistrzów dwa razy z rzędu.

Dwa najbliższe miesiące pokażą czy Real wytrzyma narzucone przez siebie tempo. Mecze co trzy dni, decydujące spotkania w Pucharze Króla i 1/8 finału Champions League i walka o utrzymanie przewagi w ligowej tabeli.

Królewscy Nowy Rok zaczęli od falstartu, ale osobiście mam przeczucie, że to przysłowiowe pierwsze koty za płoty. Podobnie było na starcie sezonu. Wielu skreślało już Ancelottiego, a wtedy przyszła zabójcza passa 22 wygranych z rzędu…