To była 40. walka w karierze błyskotliwego Brazylijczyka, który przez długie lata był idolem fanów MMA ze względu na unikalny sposób walki, pełen wirtuozerii i niemożliwego do podrobienia stylu. Odniósł 34. zwycięstwo, choć nie przed czasem, tylko na punkty, ale bezdyskusyjne. Był aktywniejszy, uderzał mocniej, kontrolował pojedynek. To nie była wielka walka, nie została nawet nagrodzona bonusem. Rywal też po przejściach i ze zdecydowanie gorszymi warunkami fizycznymi.

 

Nic to. Świat pokłonił się przed determinacją i wytrwałością Silvy, a Brazylijczyk udowodnił, że nie ma kontuzji nie do wyleczenia i spraw z góry przegranych. Trzeba tylko bardzo chcieć i oczywiście mieć możliwości. Wysłał wyraźne przesłanie, a to ważne dla ludzi trenujących MMA, gdzie ból i urazy są rzeczą codzienną.


I to chyba ważniejsze od zestawiania następnych rywali i zastanawiania się kiedy znów spotka się z Weidmanem. A pewnie się spotka.