- Na pewno sędziowanie nie jest łatwym kawałkiem chleba, bo to my najczęściej obrywamy, jesteśmy pod ostrzałem krytyki, a rzadko nas się chwali. Ale mimo to, nie brakuje chętnych, którzy chcą spróbować swoich sił w tej profesji. Co roku zimą prowadzimy kursy dla 50-70 osób. Większość, bo ok. 90 procent go zalicza - powiedział prowadzący szkolenia w Wielkopolskim Związku Piłki Nożnej i czynny sędzia Tomasz Nowicki.

 

Typowy uczestnik kursu to mężczyzna lat 20-25, student lub świeżo upieczony absolwent wyższej uczelni. Nie brakuje także licealistów czy uczniów technikum, bowiem dolna granica wieku to 16 lat. Łączy ich miłość do piłki nożnej oraz fakt, że sami... nigdy nie zostali wirtuozami futbolu. Najlepszym udało się zagrać na boiskach trzeciej czy czwartej ligi.

 

- Grałem profesjonalnie w piłkę do wieku juniora, ale wówczas zdałem sobie sprawę, że wielkiej kariery to już nie zrobię. Nie chciałem tracić kontaktu z piłką, dlatego zapisałem się na kurs - takie, nieco samokrytyczne wyznania padały podczas pierwszych zajęć z ust niemal każdego kursanta.

 

Jednym z takich niedoszłych piłkarzy jest Dominik Tokarski, student matematyki na Politechnice Poznańskiej. Swoją przygodę rozpoczął w Elanie Toruń. "Gdy miałem 16-17 lat zrezygnowałem, bo wiedziałem już, że nie dałbym rady w zawodowej piłce. Teraz postanowiłem zaangażować się w sędziowanie i chciałbym to zajęcie bardzo profesjonalnie potraktować, tak by w przyszłości sędziować na wysokim poziomie. Wydaje mi się, że znam przepisy, ale pewnie na kursie dowiem się czegoś nowego" - opowiadał.

 

Arbitrem chce również zostać Marcin Pietras, który z wykształcenia jest leśnikiem. On, w przeciwieństwie do innych uczestników szkolenia, nie grał w żadnym klubie, nie trenował profesjonalnie, ale jak zapewnia, piłka nożna jest jego pasją od dziecka.

- Chciałem być w jakiś sposób związany z piłką nożną, myślałem nawet, żeby zostać trenerem, ale to zdecydowanie dłuższa droga i znacznie droższa. Być może sędziowanie jest trochę niewdzięczną rolą, kiedyś arbitrzy byli uważani za gburów, dziś są bardziej kontaktowi. Ten wizerunek sędziego się zmienia, także w oczach kibica - stwierdził.

 

Rozjemca piłkarski to zdecydowanie męska profesja, ale w gronie kilkudziesięciu kandydatów znalazła się jedna kobieta. Marta Chudzińska pochodząca z Pępowa, niewielkiej miejscowości położonej w południowej Wielkopolsce, była niemal skazana na piłkę nożną. Dorastała z pięcioma braćmi, którzy, jak przyznała, "ciągnęli ją na stadiony".

 

- Jestem fanką naszej czwartoligowej drużyny Dąbroczanki, w której też się udzielałam jako fotograf. Chcę udowodnić, że dziewczyna też potrafi sędziować. Jestem nastawiona pozytywnie, choć wiele osób mnie ostrzegało i pytało, czy nie boję się tych wszystkich wyzwisk, jakie często słychać z trybun. Jeżdżąc po meczach w czwartej lidze, jestem świadoma, co mnie może czekać. Obawiam się jedynie... egzaminu kondycyjnego - wyjaśniła.

 

Nowicki przyznał, że praca sędziego może też przynieść satysfakcję i ma swoje plusy.

 

- Są takie sytuacje, kiedy zawodnicy po meczu podchodzą i dziękują. Widać, że są zadowoleni z naszej pracy. Człowiek wówczas czuje, że dobrze wypełnił zadanie. Wiele znajomości z tych kursów, czy potem z boisk zmienia się w przyjaźnie, które potrafią przetrwać wiele lat. Dla wielu chłopaków sędziowanie będzie też okazją do bardzo dokładnego zwiedzenia niemal wszystkich zakątków Wielkopolski - powiedział.

 

Jego zdaniem kandydaci na przyszłych arbitrów nie kierują się na pewno kwestiami finansowymi. Dobrze zarabia tylko mała grupa, która prowadzi mecze ekstraklasy czy pierwszej ligi.

 

- Ci, którzy zaczną za kilka miesięcy swoją pracę, nie mogą liczyć, że zarobią Bóg wie jakie pieniądze. Stawki w najniższych ligach to kwoty rzędu kilkudziesięciu złotych plus koszty dojazdu - podkreślił Nowicki.

 

Jak dodał, kształcenie sędziów w ostatnich latach ewoluuje. A to za sprawą przepisów gry, bowiem co roku wprowadzane są zmiany i co roku też obowiązuje nowy podręcznik. Kursanci uczą się również praktycznych rzeczy, z pozoru wyglądających nieco banalnie.

 

- Uczymy, jak należy używać gwizdka, powstaje nawet książka na ten temat. Na każde przewinienie trzeba używać go w różny sposób - lżejszy faul gwiżdżemy nieco ciszej, brutalny - zdecydowanie głośniej. To samo dotyczy autu czy spalonego. Pokazujemy, jak prawidłowo sygnalizować chorągiewką pewne zdarzenia, a nawet w jaki sposób wyciągać kartki z kieszonki - tłumaczył Nowicki.

 

Sędziowie w ostatnich latach bardzo poważnie podchodzą do spraw związanych z przygotowaniem kondycyjnym. Arbitrzy z Wielkopolskiego ZPN co roku zimą wyjeżdżają na zgrupowanie do Kołobrzegu.

 

- Przygotowujemy się tak jak piłkarze. Sędziowie dziś dbają o kondycję, dietę, pilnują poziomu tkanki tłuszczowej, trenują niemal codziennie - zaznaczył.

 

Nie ukrywa, że początki pracy panów z gwizdkami nie są łatwe. Dlatego też doświadczenie najpierw zbierają jako asystenci, a jako główni prowadzą mecze orlików czy trampkarzy.

 

"Staramy się ich przygotować do pracy też pod względem psychologicznym. Pokazujemy, jak powinien zachować się arbiter w różnych sytuacjach na boisku. Często bywa tak, że zawodnicy, czy kibice będą próbowali wywrzeć presję na nich. Dlatego pomagamy tym chłopakom, żeby się nie +spalili+ już na pierwszych meczach" - podsumował Nowicki.