Real może wygrać z każdym. Real jest superbogaty. Real prowadzi w Primera Division. Real ma Cristiano Ronalod i wiele innych gwiazd. Real ma też kompleks. Ten kompleks ma koszulki w biało-czerwone pasy i stadion kilkanaście kilometrów od Santiago Bernabeu. Przez wiele lat był bity w derbach Madrytu aż wreszcie wyrósł na bestię, która rzuca się do gardła najlepiej opłacanym gwiazdom Realu. To już szósty mecz obu drużyn i w tym sezonie, i Real nie wygrał ani razu.

 

Kiedyś to kibice Realu wnosili na derby transparent prowokacyjnym hasłem: "Chcemy lepszych rywali". Dzisiaj muszą znosić drwiny, bo Real choćby był w najlepszej formie, to z Atletico przegra. Kilka dni temu udało się pokonać Sevillę, chociaż w składzie brakowało Cristiano Ronaldo i Pepe, a na początku meczu z kontuzją zeszli Sergio Ramos i James Rodriguez.

 

Teraz do składu wrócił najlepszy piłkarz Europy i nic to nie dało. Cristiano Ronaldo (w czwartek obchodził 30. urodziny) szarpał się pod polem karnym rywali i bezradnie rozkładał ręce pokazując, że jest faulowany. Jego dwójkowe akcje z Karimem Benzemą nic nie dawały, a bardziej irytowały kibiców. Bardzo słabo grał duet środkowych obrońców Raphael Varane - Nacho, który pozwalał na wszystko napastnikom rywali.

 

Atletico też może mówić, że było w tym meczu osłabione, bo w 10. minucie z boiska zszedł Koke, ale w tej maszynerii jeden trybik wymienia się na drugi i wszystko funkcjonuje dalej bez zarzutu. Za Koke na boisku pojawił się Saul i to on zdobył drugiego gola dla Atletico. Guilherme Siqueira wpadł w pole karne, ośmieszył rozpaczliwie interweniującego Daniego Carvajala i dośrodkował na 10. metr. Saul uderzył przewrotką, a bezradny Iker Casillas tylko patrzył, jak piłka wpada do siatki.

 

To był już drugi gol Atletico, a pierwszy padł ledwie dwie minuty wcześniej, przy dużym udziale bramkarza gości, który nie złapał lekkiego strzału, lecącego tuż obok jego nogi.

 

Jeszcze do przerwy mogły paść kolejne gole, ale sędzia najpierw odgwizdał wątpliwy spalony Anotine'a Griezmanna, a potem Sami Khedira ręką zatrzymał strzał Diego Godina, ale karnego nie było. W ofensywie też było źle, ciężko wymienić choćby jedną, dobrą akcję gości. Atletico konsekwentnie realizowało swój plan odcięcia skrzydeł Realu, a Gareth Bale grał chyba jeszcze słabiej niż Ronaldo.

 

Jeśli ktoś miał nadzieję, że Real po przerwie rzuci się do odrabiania strat, to szybko się jej pozbył. To Atletico nacierało bardziej zdecydowanie, a obrońcy gości popełniali kolejne błędy: Varane nie upilnował najpierw Griezmanna, a w 89. minucie także Mario Mandżukicia, choć do pomocy miał (teoretycznie) jeszcze asekurującego go Carvajala.

 

Pod koniec meczu Carlo Ancelotti już usiadł na ławce wiedząc, że nie ma po co ciskać się przy linii bocznej, bo i tak to niczego nie zmieni. Gdyby mógł, rzuciłby na boisko ręcznik jak trenerzy bokserscy. Nie mógł i musiał patrzeć na nokaut.

 

Atletico - Real 4:0 (2:0)

 

Bramki: Tiago (14.), Saul (18.), Griezmann (67.), Mandżukić (89.)