Najpierw derby Londynu, później derby Liverpoolu. To była intensywna sobota w Anglii, biorąc pod uwagę fakt, że między tymi spotkaniami punkty stracił mistrz kraju Manchester City. I to na własnym stadionie! I to z kim? Z Hull City, które ostatnio znajduje się w bardzo przeciętnej formie. Tyle na wstępie, bo przecież czas skupić się na 224. starciu sąsiadów znad rzeki Mersey.

To, że Liverpool jest faworytem nikogo specjalnie nie dziwi. Jednak w ostatnim czasie, gdy mecze były rozgrywane na terenie Evertonu, to właśnie gospodarze byli wyżej notowani. Można powiedzieć, że sporo wody upłynęło w rzece Mersey od czasu, kiedy to The Reds mieli więcej atutów. Bo tak trzeba określić niezła, by nie powiedzieć – świetną formę. Pięć wygranych, jeden remis – seria znakomita. Everton był na zupełnie innym biegunie.

To już nie jest ten Everton, co w poprzednim sezonie. Nie ma tej swobody w wymienianiu piłki, tworzeniu sytuacji czy po prostu napieraniu na przeciwnika. Podopieczni Roberto Martineza nie mają już gigantycznej przewagi w posiadaniu piłki. Tym razem to goście próbowali prowadzić grę, lecz najgroźniejszą sytuację stworzyli po indywidualnej akcji… Jordona Ibe. 20-letni chłopak, który nie tak dawno został awaryjnie ściągnięty z wypożyczenia do Boltonu, trafił w słupek.

Ostatnie derby rozgrywał Steven Gerrard, który po sezonie odchodzi do Stanów Zjednoczonych. I był to bardzo anonimowy występ kapitana, który został ustawiony tuż za Raheemem Sterlingiem. Poza efektownym strzałem z nożyc trudno o jakieś pozytywy. Stałe fragmenty gry nie były takie, do jakich przyzwyczaił. Mogło być znacznie lepiej...

Goście czuli, że mają przewagę, ale jakby liczyli, że gol sam w końcu padnie. Nawet kiedy Coutinho miał obok siebie trzech kolegów i tylko jednego przeciwnika… zagrał źle i nawet się tym nie przejął! Do tego kilka razy odważnie grali obrońcy. Raz się udało, bo Emre Can w kilkanaście sekund bawił się z Romelu Lukaku. Drugi raz było gorzej, bo Mamadou Sakho szybko stracił piłkę.

Obrońcy obu drużyn, widząc nieporadność kolegów z przednich formacji, często zapędzali się pod bramkę rywali. Bardzo aktywny był Emre Can, który dobrze wywiązywał się z tej roli. W końcówce jednak to gracze ofensywni rozdawali karty. Seamus Coleman już widział piłkę w siatce, ale znakomicie interweniował Simon Mignolet. Dużo polotu wniósł Ross Barkley. Mimo że przebywał na boisku tylko kilka minut to rozruszał grę gospodarzy. Grę, która pozostawiała wiele do życzenia. Bezbramkowy remis jak najbardziej zasłużony.

Everton - Liverpool 0:0

Everton: Robles - Coleman, Stones, Jagielka, Oviedo - Barry, Besic (86 Alcaraz), McCarthy - Mirallas (60 Lennon), Lukaku, Naismith (85 Barkley).

Liverpool: Mignolet - Can, Skrtel, Sakho - Ibe, Henderson, Lucas (16 Allen), Moreno - Gerrard, Coutinho (56 Sturridge) - Sterling (82 Lambert).

Żółte kartki: McCarthy, Oviedo, Naismith, Besic - Henderson