Dlaczego wybrała pani łyżwiarstwo szybkie, sport tak mało popularny w Estonii?

 

Saskia Alusalu: Byłam bardzo aktywnym dzieckiem, trenowałam narciarstwo, lekkoatletykę, siatkówkę i piłkę nożną, lecz nic na poważnie. Po prostu lubię sport, stąd tyle dyscyplin. W ogóle cała moja rodzina uwielbia aktywny sposób spędzania czasu, często wyjeżdżaliśmy na narty. W miejscowości, z której pochodzę, przy szkole jest 250-metrowa bieżnią, na której zimą, dzięki jednemu z trenerów - pasjonatowi łyżwiarstwa, można było pojeździć na łyżwach. Zaczął on również organizować lokalne wyścigi. Tak to się zaczęło.

 

W MŚ w Heerenveen jest pani jedyną przedstawicielką swojego kraju. Domyślam się, że wciąż narciarstwo biegowe jest na topie.

 

Tak, jest zdecydowanie najpopularniejsze, chociaż pewnie nie tak bardzo, jak w czasach kiedy sukcesy odnosili Kristina Smigun i Andrus Veerpalu. Ale muszę powiedzieć, że w 1964 roku, na igrzyskach w Innsbrucku, w biegu na 1500 m w łyżwiarstwie szybkim zwyciężył Estończyk w barwach Związku Radzieckiego Ants Antson. Niestety, niedługo później ten sport całkowicie zniknął w mojej ojczyźnie. Dopiero teraz mi udało się w jakichś sposób przywrócić Estonią na łyżwiarską mapę Europy i świata.

 

Jakie są pani ambicje w debiucie w MŚ?

 

To mój dopiero drugi sezon seniorski w Pucharze Świata, dlatego już znaczącym osiągnięciem było zakwalifikowani się do MŚ rozgrywanych na torze Thialf. Chcę się poprawiać krok po kroku i pojechać na igrzyska olimpijskie w 2018 roku. Marzę o sukcesach na arenie międzynarodowej, bo sam fakt, że jestem 34-krotną mistrzynią Estonii zupełnie mi nie wystarcza.

 

Kto jest pani idolem łyżwiarskim?

 

Zdecydowanie to mój partner Artur Waś. Widzę jak pracuje, jak się rozwija i doskonali. Pokazał mi, że wszystko jest możliwe. To zawodnik, który naprawdę kocha ten sport, a nie myśli tylko o tym, aby stać się bogatym i sławnym. Jestem z niego bardzo dumna.

 

Jeśli chodzi o inne dyscypliny, wzorem jest nieżyjący zapaśnik Kristjan Palusalu, mistrz olimpijski z Berlina z 1936 roku. Wygrał wtedy w obu stylach w wadze ciężkiej. Muszę przyznać także, że moja rodzina nosi nazwisko po nim - Alusalu. Kiedyś była taka możliwość, dlatego mój dziadek się zdecydował na zmianę.

 

Wiem, że skończyła pani szkołę muzyczną i gra na skrzypcach.

 

Zaczęłam ćwiczyć mając 10 lat, a moja siedmioletnia nauka w szkole muzycznej to również lekcje historii muzyki, czy gry na fortepianie. Niestety, nie mam teraz czasu ani na skrzypce, ani na fortepian. Poza tym w akademii w Inzell, gdzie na co dzień mieszkam i trenuję, nie ma instrumentów. Ale z muzyką mam oczywiście kontakt, lubię tę tworzoną przez Artura. Poza tym najczęściej słucham takiego gatunku, jak indie rock.

 

Przyjeżdża pani do Polski na wakacje?

 

Artur zabrał mnie kilka razy i do Warszawy, i do swego letniego domu na Mazurach. Podoba się stołeczna Starówka, ale też przyroda mazurska. Za każdym razem niesamowicie cieszę się na myśl o podróży do Polski, bo wiem, że znów spotkam się z moim chłopakiem.