Niewiele zabrakło, by nowy rekord na norweskiej mamuciej skoczni został ustanowiony już w kwalifikacjach przed drugim konkursem. Rosjanin Dmitrij Wasiliew poleciał aż 254 metry, czyli cztery metry dalej od Prevca, ale nie ustał skoku i podobnie jak dziesięć lat temu Janne Ahonen w Planicy upadł na plecy. Fin skoczył wtedy 240 metrów, co jak na tamte czasy, wcale nie tak odległe przecież, było wyczynem niezwykłym.

 

Co ciekawe, drugi konkurs w Vikersund, podobnie zresztą jak pierwszy, nie zapowiadał wyjątkowych doznań i rekordowych lotów. Do chwili, kiedy na belce startowej nie usiadł Anders Fannemel, młody Norweg, który już w sobotę przymierzany był do roli nowego rekordzisty. Namaścił go bowiem wcześniej rodak, sam Johan Remen Evensen, który dzierżył rekordowy wynik (246,5 m) przez cztery lata.

 

No i stało się ! Fannemel pokazał, że słowa Evensena nie są bez pokrycia, tak samo jak piątkowe loty na treningach i w kwalifikacjach. Leciał i leciał bez końca i kiedy wreszcie wylądował chyba nikt nie miał wątpliwości, że znów jesteśmy świadkami wielkiej rzeczy.

 

Sam Fannemel od razu zaczął taniec radości, bo już wiedział, że przeskoczył Prevca. 251,5 m – taki wynik ukazał się na tablicy świetlnej. Oznaczało to, że mamy nowy rekord, lepszy o półtora metra od wyniku Słoweńca, który rekordzistą świata był niespełna dobę. Ci, którzy liczyli, że Prevc  od razu skontruje Norwega i poleci jeszcze dalej byli zawiedzeni, ale największe pretensje powinni mieć do sędziów, którzy obniżyli rozbieg o jedną belkę. Zupełnie bez sensu, bo na górze zostało przecież tylko dwóch znakomitych zawodników: Prevc i Severin Freund, którzy potrafią latać na mamutach, więc nadmierna troska o ich bezpieczeństwo była w tej sytuacji równoznaczna z odebraniem i szans na ustanowienie nowego rekordu.

 

Ale i tak ogromne brawa dla Niemca, który skoczył 237,5 metra w nienagannym stylu i po pierwszej kolejce przegrywał tylko o nieco ponad dwa punkty (2,3) z Fannemelem.

Z czwórki Polaków najlepszy zgodnie z oczekiwaniami był Piotr Żyła. 215,5 m dało mu siódme miejsce i dobrą pozycję wyjściową do walki o coś więcej. Ale jak dobrze wiemy Żyła to skoczek nieobliczalny i niestety niezbyt często oglądamy jego dwa dobre skoki. Tak było i tym razem, stąd ostatecznie 15 miejsce. Na 18 pozycji konkurs skończył Aleksander Zniszczoł. Niby dobrze, ale i jego stać na więcej.

 

O tym, że mamucie skocznie nie wybaczają błędów chyba najlepiej przekonali się Prevc i Wasiliew. Rosjanin w drugiej serii lądował szybko na 117 metrze. Dla kogoś, kto wcześniej miał okazję poczuć na czym polegają prawdziwe loty (254 m z upadkiem) był to z całą pewnością zimny prysznic. Podobne odczucia musiał mieć były już rekordzista świata, Peter Prevc. Jego 110 m, również w drugiej serii, zapewne będą mu się śnić po nocach, tak samo jak sobotnie 250 m.

 

Z zupełnie innej, lepszej strony pokazał się za to Noriaki Kasai. 43. letni Japończyk wynikiem 240,5 m ustanowił nie tylko rekord życiowy, ale również rekord swego kraju. Rekord Niemiec i życiowy ustanowił też Freund. 245 m w drugiej próbie, w stylu równie dobrym jak w pierwszej, dały mu zdecydowane zwycięstwo przed Fannemelem i Johanem Andre Forfangiem, drugim z Norwegów. Słoweniec Prevc, zwycięzca z soboty, tym razem na miejscu 16 !!!

 

To był ostatni konkurs przed mistrzostwami świata w Falun. W najbliższą sobotę walka o medale na normalnej skoczni. Wraca Simon Ammann, będzie Kamil Stoch i wszyscy z czołówki światowej na czele z Prevcem, Freundem i Stefanem Kraftem z Austrii. No i oczywiście z Kasaim, który zadziwia za każdym razem, gdy tylko pojawi się na skoczni.

 

A na kolejne rekordowe loty musimy trochę poczekać. W trzeci weekend marca w Planicy, na zakończenie sezonu, skoczkowie znów będą fruwać.