Arkadiusz Piech w znakomitym stylu rozpoczął rundę wiosenną w barwach GKS-u Bełchatów. Napastnik wypożyczony do górniczego klubu z Legii Warszawa zdobył dwa gole w dwóch pierwszych wiosennych kolejkach T-Mobile Ekstraklasy. Żadne z trafień 30-latka urodzonego w Świdnicy nie powinno jednak zostać uznane, bowiem w obu przypadkach gracz bełchatowian był na pozycji spalonej! Zarówno Krzysztof Jakubik z Siedlec, jak i Szymon Marciniak z Płocka wskazywali jednak na środek boiska, dzięki czemu Piech mógł cieszyć się z premierowych trafień!

 

Sędziowie w rolach głównych


Gol Piecha to jednak tylko wierzchołek góry lodowej, bowiem w T-Mobile Ekstraklasie takie przypadki zdarzają się nagminnie. Żadne z trafień w najwyższej polskiej klasie rozgrywkowej nie miało jednak takiej wagi i skali jak cztery poniższe przypadki, które zapisały się w historii światowego futbolu. Cofnijmy się zatem najpierw aż do 17 kwietnia 1971 roku, bo właśnie wtedy miał miejsce mecz, który miał bezpośredni wpływ na tytuł mistrza Anglii.

 

Leeds United, które toczyło zaciętą walkę z Arsenalem o mistrzostwo Anglii podejmowało na własnym boisku jednego z outsiderów, czyli West Bromwich Albion. Starcie to miało być więc niczym bułka z masłem, zarówno dla drużyny gospodarzy, jak i sędziującego mecz Ray'a Tinklera. Komentujący to spotkanie dla angielskiego radia Stuart Hall przed jego rozpoczęciem rzucił nawet w kierunku arbitra: "To będzie dla Ciebie łatwe starcie, Ray". Hall nie spodziewał się z pewnością, że Tinkler zostanie negatywnym bohaterem, który na lata zostanie zapamiętany przez angielskich fanów futbolu.

Przy stanie 1:1 w końcówce spotkania arbiter nie "posłuchał" sygnalizacji swojego asystenta, który podniósł chorągiewkę, po tym jak będący na spalonym Colin Suggett (WBA) ruszył w kierunku podania od Tony'ego Browna. Gracze Leeds zasugerowali się sygnalizacją sędziego liniowego i spokojnie czekali na gwizdek przerywający grę. Tymczasem prowadzący mecz Tinkler nie zastopował akcji, bowiem Suggett szybko wycofał się, a w kierunku piłki pognał Brown. Gracze WBA wyszli we dwóch na samotnego golkipera Leeds, ograli go i trafili do praktycznie pustej siatki. Wszyscy zawodnicy gospodarzy natychmiast ruszyli w kierunku sędziego Tinklera, ale ten pozostał głuchy na ich protesty i uznał bramkę. Leeds przegrało pojedynek 1:2, a mistrzostwo Anglii jednym punkcikiem z Arsenalem...


Bramka stracona przez piłkarzy Leeds miała wielką wagę, natomiast kolejny gol nie dość, że pośrednio zaważył o mistrzostwie kraju, to także był jednym z najbardziej komicznych w historii futbolu. Tak jak w przypadku poprzedniej bramki, została ona zdobyta ze spalonego, natomiast jej "urok" polegał na tym, że jej strzelcem był... sędzia. Atan Hakem był rozjemcą meczu średniaka Ankaragucu z Besiktasem, który jak co roku walczył z Galatasaray o mistrzostwo Turcji. Arbiter w drugiej połowie meczu przypadkowo został bohaterem drużyny z Ankary, a kibice ekipy ze Stambułu znienawidziwili go ze względu na tą sytuację na wiele lat (kontrowersyjna akcja od 00:40).

 


Hakem przy jednym z rzutów rożnych znalazł się na linii strzału oddanego przez jednego z piłkarzy Ankaragucu. Piłka uderzona przez gracza gospodarzy nie leciała w światło bramki, ale gdy przypadkowo trafiła w bark arbitra, zmieniła tor lotu piłki i wpadła tuż przy słupku, obok zaskoczonego golkipera Besiktasu. Gracze gości byli tak zdezorientowani, że nawet nie protestowali, a sędzia bez wahania uznał gola. Gola, który w ostatecznym rozrachunku sprawił, że Besiktas znalazł się na koniec sezonu na drugim miejscu w tabeli, punkt za rywalem zza miedzy - Galatasaray.

 

Cuda na mistrzostwach świata


O ile jedną uznaną bramkę ze spalonego w meczu można nazwać małym skandalem, o tyle już dwie są ogromną kompromitacją sędziów rozstrzygających dane spotkanie. Do takiej sytuacji doszło w 1/8 finału mistrzostw świata 1986, gdzie zmierzyły się ze sobą reprezentacje Belgii i ZSRR. Zawodnicy radzieckiej drużyny dwukrotnie wychodzili w tym meczu na prowadzenie, ale Belgowie dwukrotnie odwracali losy pojedynku. I za każdym razem pomagali im w tym arbitrzy, a kluczowe decyzje podejmował główny ze Szwecji - Erik Fredriksson.

Najpierw przy stanie 0:1 uznał gola zdobytego przez gwiazdę reprezentacji Belgii - Enzo Scifo, który w momencie dośrodkowania z lewej strony znajdował się wyraźnie przed obrońcami drużyny przeciwnej. Następnie w 77. minucie, przy rezultacie 1:2, ponownie posłuchał swojego asystenta, który nie zauważył ogromnego spalonego, na którym znajdował się Jan Ceulemans. Belg popędził co sił na bramkę i ze spokojem pokonał golkipera rywali w ten sposób doprowadzając do dogrywki. W niej reprezentanci Belgii nie pozostawili już złudzeń przeciwnikowi i pokonali ekipę ZSRR 4:3. To nie radzieccy zawodnicy, a sędziowie tego spotkania, byli jednak największymi przegranymi 1/8 finału Mundialu.

Historia lubi co jakiś czas zatoczyć koło i po 24 latach fani futbolu ponownie byli świadkami kontrowersyjnej sytuacji w tej samej fazie MŚ. Tym razem w Republice Południowej Afryki gromy posypały się na głowę Roberto Rosettiego, który wraz ze swoimi asystentami Paolo Calcagno i Stefano Ayroldim poprowadził starcie Argentyny z Meksykiem. Pojedynek zakończył się ostatecznie łatwym zwycięstwem Albicelestes 3:1, ale kto wie jak potoczyłyby się wydarzenia na murawie w Johannesburgu, gdyby arbiter w 26. minucie nie uznał bramki nieprawidłowo zdobytej przez Carlosa Teveza.

 



Z pewnością wielu kibiców pamięta jeszcze sytuację (w końcu było to jedyne cztery lata temu), gdy będący na wyraźnym spalonym Tevez pakuje piłkę do pustej bramki po podaniu Leo Messiego. W pierwszej chwili można było mieć wątpliwości czy obecny napastnik Juventusu dotknął piłkę zanim ta wpadła do siatki, ale powtórki rozwiały wszelkie wątpliwości. Meksykańscy obrońcy również byli przekonani o tym, że Tevez strzelił gola w nieprawidłowy sposób i ruszyli w kierunku włoskiego arbitra. Ten zdania jednak nie zmienił i wskazał na środek boiska, dzięki czemu Argentyna znalazła się na jednobramkowym prowadzeniu. Nie oddała go już do samego końca...