Obawy były uzasadnione. Zou Shiming to przecież jeden z najbardziej utytułowanych sportowców w Kraju Środka. Dwukrotny złoty medalista olimpijski i trzykrotny mistrz świata jest w swojej ojczyźnie niezwykle popularny. Kiedy stawał na najwyższym stopniu podium igrzysk w Pekinie (2008) był to pierwszy złoty medal w boksie dla Chin. A teraz jego zawodowe walki (wszystkie stoczył w Makau) oglądają setki milionów ludzi. Nic dziwnego, że słynny promotor Bob Arum (Top Rank)  wiąże z nim ogromne, biznesowe nadzieje.


Pierwszym krokiem na drodze ku finansowym żniwom miał być tytuł mistrza IBF. Ale broniący pasa IBF bokser z Tajlandii okazał się trudnym rywalem. Jak powiedział już po walce Freddie Roach: walczył zupełnie inaczej niż wcześniej. Nie atakował, nastawił się na defensywę i kontry, co przy jego znacznie większym zasięgu ramion było dużym utrudnieniem dla Zou Shiminga.


Walka była jednak w miarę wyrównana, a wiele rund trudnych do punktowania. W drugim starciu Ruenroeng był liczony (problematycznie) i przegrał je 8:10. Ale mistrz świata dalej robił swoje. Nie zmienił taktyki i skutecznie wybijał z rytmu Chińczyka. Mimo to wcale nie byłem pewny, że obroni tytuł, bo w takich sytuacjach jak ta, z mocnym podtekstem biznesowym w tle, werdykty nie zawsze są uczciwe. Tym większy szacunek dla trójki sędziów, którzy zgodnie wypunktowali (116:111) wygraną Taja.


Warto przypomnieć ich nazwiska: Glenn Feldman, Robert Hoyle i Jerry Jakubco – ci panowie wykonali naprawdę dobrą robotę. Oby więcej takich werdyktów.


Zou Shiming spokojnie przyjął pierwszą porażkę. Myślę, że ma świadomość iż był w tym pojedynku nieco słabszy. Przyznał też, że brakuje mu doświadczenia na zawodowych ringach. Walka z Ruenroengiem była przecież dopiero siódmą, a drugą na dystansie 12 rund.


Nie wiem, czy Chińczyk w przyszłości zostanie mistrzem świata (mnie jakoś nie przekonuje), ale na pewno będzie próbował. Ukrainiec Wasyl Łomaczenko, podobnie jak on dwukrotny złoty medalista olimpijski, też spalił pierwsze podejście przegrywając swoją mistrzowską walkę. Kolejną skończył już tak, jak oczekiwano. Ale Łomaczenko jest dla mnie pięściarzem o klasę lepszym od Zou Shiminga. Kiedy komentowałem jego walki w czasach amatorskich byłem przekonany, że jeśli tylko podpisze zawodowy kontrakt, to odniesie sukces. Co do Chińczyka zawsze byłem sceptyczny i prawdę mówiąc nie wierzyłem, że zdecyduje się na karierę profesjonała. Propozycja jaką dostał od Aruma była jednak nie do odrzucenia. I myślę, że dla boksu dobrze, że ją przyjął. Chiny to przecież rynek wielkich możliwości i dzięki Zou Shimingowi wcześniej czy później się obudzi. A wtedy mapa bokserskiego świata może ulec znaczącym zmianom.