Fmx to wspólnota artystów rodem z XIX-wiecznego Paryża, gdzie Pablo Picasso wolał spać na poduszce utkanej z przejmującej biedy, pod którą krył się zimny jak nurt Sekwany rewolwer. Z tą różnicą, że freestylerzy wkładają pod głowę malunki inspirujące ich do obmyślania nowych figur. Są maksymalnie szczęśliwi, gdy widzą “odpaloną” młodzież przełamującą barierę strachu. Najpiękniejszy w fmx jest kształt duszy podniebnych akrobatów. Niezmiennie naznaczony gonitwą za odkrywaniem nieznanych przestrzeni, żywiący się przyjemnością wymyślania kolejnych trików. Freestylerzy są jak malarze uciekający od siedzib ludzkich, szukający skarłowaciałego drzewa, wiejących wiatrów i kawałka płótna czyli nieskażonej asfaltem piędzi ziemi, po której aż korci wywijać  pędzelkiem.

Klasycznym przedstawicielem takiego naturalistycznego nurtu jest Libor Podmol z Ostrawy, który kocha zarzucić kaptur, włożyć ręce w kieszenie, nakłuć uszy kapelą Green Day i poczuć się jak melodramatyczny naiwniak z czadowego numeru „Basket case”. Libor mógłby z powodzeniem zagrać rolę odjechanego zakonnika, może nawet w średniowiecznym zamczysku w Loket nieopodal Karlovych Varów, gdzie kiedyś skakał ze swoim mistrzem Petrem Kuchtą. „Jest mi okrutnie przykro, że z powodu poskręcanej śrubami stopy nie mogę dziś skakać, ale ważne, że jest ekstra zabawa. Andre Villa daje ekstremalnego czadu, jak będzie w takiej formie jak w Libercu przez cały sezon, to będzie mu trudno wyrwać tytuł mistrza świata, ale postaram się utrudnić mu zadanie, gdy tylko wyleczę kontuzję” – mówił do divaków Podmol. Libor komentował imprezę dla czeskiej telewizji, dwa razy wywoływano go na scenę, ale popularny „Mouka” pojawił się dopiero przy trzecim odczycie wyjeżdżając w… łyżce spychacza! Prawdziwą konwulsję tłum przeżył jednak wtedy, gdy na torze pojawiał się Jack Rowe, chłopak z Chicago, który z pewnością korzysta z podszeptów Jima Morrisona i często wpada do piekła na kieliszek wystrzałowego trunku.

 

Illinois – stan szaleństwa

 

Po jego trikach publika zachowywała się jak klient cierpiący na rozległy zawał serca, który ani myśli wstawać mimo wielokrotnej próby wyrwania go z dybów zaklęcia. Jack Rowe, istne przeciwieństwo pachnącego filozofią Hartmana, nie ma bladego pojęcia dlaczego kumple wołają na niego „Snuffalupagus”. Widocznie często widują go jak zażywa tabaki albo gdy wstając z łóżka wygląda jak upalony knot świecy. Snuff. Jack nie odkrywa do końca rękawa prawej ręki i odsłania jeno część tatuażu przypominającego prosiaczka z Kubusia Puchatka. Sam też nie lubi wykładać kart na stół ćwicząc dramatycznie ekstremalne ewolucje po raz pierwszy na mistrzostwach świata. Po jego cordova one hand seatgrab koleś serwujący piwo stracił zdolność obsługi nalewaka, pani pchająca hokejowe bluzy po zawyżonych cenach zapomniała jak wygląda czeska kasa fiskalna, a starsi wiekiem widzowie zamykali oczy z przerażenia i prosili, aby zmartwychwstał komunistyczny przywódca Aleksander Dubczek. Jack Rowe ma w nosie nagrodę dla mistrza świata – nowiutkie autko Suzuki Swift Sport. Nie interesuje go wycieczka na Sickingenstrasse 28 w Berlinie, gdzie pani menedżer od marketingu, Susanne Franz, zaparkowała japońskie cacko. Rowe ziewa, szeroko otwierając usta niczym krater islandzkiego gejzera, gdy słyszy jak Susanne nawija o budowaniu międzynarodowej platformy dla nowych talentów, co sprzyja strategii firmy Suzuki. Rowe wędruje wtedy myślami ku przyjaciołom, których zostawił w stanie Illinois, ku rodzicom (choć patrząc na prezentowany przezeń styl bycia wydawać by się mogło, że wraz z bratem Jasonem są osieroceni). Wibrująca tęsknota miesza się u Jacka z chęcią udowadniania konserwatystom, że nie istnieją granice w fmx. „Uwielbiam dowodzić jak bardzo mylą się ci, którzy twierdzą, że nie można zrobić cordovy trzymając się jedną ręką siodełka. Lubię oporniaków, bo motywują mnie do szurniętych pomysłów na nowe ewolucje. I do tego elektryzujące spojrzenia lalek po oddanym skoku…” – śmieje się Rowe. W życiu nie wybrałby się do Kanady na wakacje, bo „jest tam upiornie zimno i nudno”, podobnie jak nie podobają mu się konferencje prasowe organizowane znacznie wyżej niż pułap potrzebny do wykręcenia podwójnego backflipa. „IV piętro, kto to wymyślił? Sapię jak parowóz” – rzucił do zebranych jedyny spóźnialski. Andre Villa wprawił swe ciało w ruch i zaczął wypytywać Jacka ile razy trenował swój czarodziejski trik cordova one hand seatgrab. „Ani razu – leciał ze spokojem Rowe. Dziś była premiera. Fascynujące, że podczas tego numeru można upaść na 150 sposobów…” – szczerzył zęby Jack. “Co czułeś w powietrzu?” – Villa nie zwalniał tempa. “Przeraaaaażenie” – Rowe układał włosy w stylu punk a la Wattie, wokalista “The Exploited”. Zachwyt Norwega, który pauzował przez 9 miesięcy na skutek kontuzji jest niemożliwy do powtórzenia w innej dyscyplinie sportu. Sędziowie nie poczuli odjazdu, bo woleli sterylne i dopracowane triki Andre od harcujących szaleństw Rowe’a, ale freestylerzy mają własny ranking, w którym fantazja okazuje się ważniejsza od precyzji. Ludzie bawiący się w fmx to wolne duchy, które wciąż wybierają poprowadzenie nowej drogi po ekstremalnej ścianie skalnej zamiast przedzierania biletów wstępu do parku narodowego. Wolą wisieć w skale i zachować coraz bardziej wymykającą się współczesnemu człowiekowi wolność. Pewnie dlatego niewielu jest w stanie pojąć dlaczego drugi w konkursie kręcenia whipów, Belg Gilles Dejong, diabelnie przystojny koleżka, dzieli przestrzeń w parkingu i duszę z panną wyglądającą jakby co drugą noc spędzała w izbie wytrzeźwień bądź na zlocie czarownic. Ona czuje bluesa tak samo jak on i choć nie ogląda wszystkich ewolucji, zawsze melduje się przy nim, gdy kości pękają i klei je wbrew Hipokratesowi gorącym sercem. Lukas Weis, którego mama wie jak przyrządzić svićkovą, smażeny syr i utopenca, zachowuje spokój, bo widzi opiekuńczość kobiety hasającej z kaskiem, kubkiem kawy i muzyką pozwalającą się wyłączyć Lukasowi przed startem. Panny, które wiedzą kiedy przesunąć się poza zasięg oślepiających reflektorów jak partnerki Andre Villa i Oysteina Kjorstada, dwójki nawiedzonych Norwegów. Współczujące, cierpliwe bardziej aniżeli święty Franciszek z Asyżu, bo jak można wytrzymać mentalnie z gościem, który był odkryciem sezonu 2005 w fmx, a później nie bryzga emocjami przez 9 miesięcy, bo zdrowie mu nie pozwala? One znajdują sekretny eliksir i rozsiewają go na bezdrożach, w parkingu i podczas długich podróży.

 

Samolot bez belek

 

Nie przyjechał do Liberca inny Norweg Ailo Gaup, który broni tytułu mistrza świata, ale aktualnie leczy kontuzję barku. Ailo Gaup w wieku 10 lat podpisał kontrakt z… rodzicami, na mocy którego nie mieli mu stawiać oporu w zakupie motocykla crossowego jeśli tylko uzbiera sam pieniążki. „Pewnie sądzili, że nie uda mi się skołować tej kasy – śmieje się Gaup. A ja sprzedałem wszystkie swoje zabawki, sprawiłem sobie wędkę, przesiadywałem godzinami nad brzegiem jeziora łowiąc ryby, a później pukałem do drzwi wszystkich sąsiadów sprzedając złowione okazy. Malowałem też domy rybakom i komu tylko trzeba było odnowić chatę, ten mógł liczyć na mój pędzel. Mając 11 lat stać mnie było na stary używany motocykl…” – rechocze Gaup. Greg Hartman przyznaje otwarcie, że pieniądze w fmx są największym problemem, bo będąc uznanym mistrzem nie wiadomo na co je wydać, a z drugiej strony nie ma większej przyjemności, gdy puszczasz kasę zarobioną na występach. „To prawda – mówi Gaup, pierwszy Europejczyk, który wykonał backflipa. Dziś mogę sobie pozwolić na zakup nowych zabawek, czyli motocykli... Najfajniejszym momentem był start w ubiegłorocznej rundzie MŚ w Rydze. Dwa tygodnie przed zawodami złamałem rękę, ale bardzo chciałem wystąpić na Łotwie. Zdecydowałem się skakać bez środków uśmierzających ból, pierwszego dnia zająłem 6 miejsce, a następnego dnia wygrałem turniej znacznie zbliżając się do tytułu mistrza świata…” – wspomina Gaup. Freestyle motocross to poezja, na którą składa się równowaga między szaleństwem a wyciszeniem, poważny trening, ciężka praca, cudowna koordynacja, umiejętności techniczne, a nawet jeżeli czasami jeźdźcy zachowują się jak cyrkowi clowni, to nie znaczy, że za takich należy ich uważać. Tuż przed północą, gdy zatęchły Liberec układa się do snu, uśmiech ląduje na twarzy bezdomnego, który toczy ożywioną dyskusję o drożyźnie dotykającej sfer zarezerwowanych dla butelek czerwonego wina. On wie co to fmx protestując przeciwko ułożonemu życiu. Najbardziej fascynuje go fakt, że Ailo Gaup choć nie boi się fruwać z motocyklem w powietrzu, panicznie boi się latać samolotem. „A widzi pan – mówi bezdomny żywcem wzięty z „Pieśni dziadowskich i legend” Bohumila Hrabala. I przyznaję mu rację, bo pewien znajomy stolarz powiedział mi kiedyś, że w życiu nie wsiadłby do takiego boeinga, bo w takim aeroplanie nie ma przecież belek…” Czas spać. Fmx osiągnął najczystszą formę…