W ostatnich tygodniach gra PGE Turowa falowała. Dobre mecze, takie jak z Wikaną Startem Lublin, czy MKS Dąbrową Górniczą przeplatały porażki z Rosą Radom, Anwilem czy ostatnio Śląskiem Wrocław. Zwłaszcza to ostatnie spotkanie, derby Dolnego Śląska było charakterystyczne: dobra pierwsza połowa i fatalna druga. Wyglądało, jakby drużynie Turowa zmęczonej najpierw Euroligą, a potem rozgrywkami Eurocup po prostu brakowało sił. Do tego doszły zmiany w składzie: odejście Łukasza Wiśniewskiego oraz Ivana Żigeranovicia i kontuzja Filipa Dylewicza.

 

Wszystkie te problemy Turów zostawił w Wielką Sobotę za sobą. Od pierwszych minut zawodnicy Miodraga Rajkovicia wyglądali jakby chcieli pokazać, że mistrzowie znowu są w grze. Świetnie grał Mardy Collins, który mijał pierwszą linię obrony Koszalina. Aktywny był Chris Wright, który swoim zwyczajem fruwał nad obręczami. Sporo punktów dorzucał też Damian Kulig. W pierwszej połowie AZS jeszcze walczył. Długimi fragmentami wynik był w granicach remisu, dzięki dobrej współpracy Szymona Szewczyka i Ivana Radenovicia. Niestety, dla gości zupełnie nie potrafił się odnaleźć lider drużyny Qyntel Woods. Nie tylko nie zdobywał punktów, ale jeszcze tracił piłki i pudłował nawet rzuty wolne.

 

Turów systematycznie powiększał swoją przewagę. Do przerwy prowadził 16 punktami, po trzeciej kwarcie przewaga wynosiła już 19 punktów, a wreszcie zniechęcony AZS zupełnie odpuścił grę obronną i czwartą kwartę przegrał 11:27. Setny punkt zdobył Michael Gospodarek, a tuż przed końcową syreną wynik poprawił jeszcze Jakub Karolak rzutem za trzy punkty.

 

PGE Turów pokazał tym spotkaniem, że jeszcze będzie groźny i do końca będzie walczył o jak najlepsze rozstawienie przed rundą play off. A Koszalin czeka długa podróż do domu i niezbyt wesołe śniadanie wielkanocne. To już druga z rzędu porażka zespołu Igora Milicicia.

 

PGE Turów Zgorzelec - AZS Koszalin 103:68 (31:20, 27:22, 18:15, 27:11)