Na tej pięknej wyspie zawodowy boks jest bardzo popularny, ale żeby cieszyć się tam sławą trzeba być wybitnym. Byle jaki pięściarz, nawet jak ma na koncie tytuł mistrza świata, jest tylko jednym z wielu. Myślę, że takim właśnie był Roman „Rocky” Martinez, nowy czempion WBO w wadze junior lekkiej, wcześniej dwukrotny mistrz tej właśnie organizacji. Z taki legendami jak Trinidad czy Wilfredo Gomez nie miał bowiem prawa się równać. W styczniu tego roku, gdy byłem w San Juan przy okazji meczu naszej Husarii w ramach rozgrywek World Series of Boxing  i rozmawiałem o popularności portorykańskich mistrzów pięści, jego nazwisko nie padło ani razu.

 

Ale teraz, gdy przed własną publicznością pokonał Salido, twardego meksykańskiego wojownika i odzyskał pas czempiona, sytuacja się zmieni. „Rocky” Martinez pokazał się bowiem w tym pojedynku z jak najlepszej strony, a ponieważ walka była też prawdziwą wojną, to nie tylko w San Juan będą ją długo wspominać.

 

34. letni Salido miał do tej pory skuteczny sposób na Portorykańczyków. Wygrywał z nimi pięciokrotnie, w tym dwa razy nokautując popularnego tu Juana Manuela Lopeza.

 

Meksykanin i tym razem był przekonany, że z Martinezem też da sobie radę, ale się pomylił. Dwukrotnie leżał na deskach, stracił punkt za ciosy poniżej pasa i choć wściekle atakował do końcowego gongu, to sędziowie słusznie wypunktowali jego przegraną.

 

Teraz czas na rewanż, zapewne znów w Portoryko. Jeśli do niego dojdzie, to warto będzie go obejrzeć, tak jak ten sobotni pojedynek. Martinez teraz dobrze  już wie jak walczyć i wygrywać z Meksykaninem. A wygrane z pięściarzami z tego właśnie kraju w jego ojczyźnie cenione są szczególnie.

 

W Irlandii też kochają boks i cenią swoich mistrzów. Andy Lee, który zremisował na Brooklynie z Peterem Quillinem i zachował tytuł WBO w wadze średniej, nie mieszka wprawdzie w kraju przodków, tylko w USA, ale to niczego nie zmienia. Na doping Irlandczyków może liczyć zawsze. Dlatego chciałby rewanżu w starej ojczyźnie. Nie wiem jednak czy Quillin będzie chętny. Szansę na mistrzowski tytuł stracił już na wadze, więc bardzo prawdopodobne, że zmieni kategorię i pójdzie wyżej.

 

Tak jak Danny Garcia i Lamont Peterson, mistrzowie wagi junior półśredniej. Gdyby w Barclays Center stawką w ich pojedynku były pasy WBC, WBA należące do Garcii i pas IBF Petersona byłby to niewątpliwie hit na Brooklynie. Ale oni walczyli w umownym limicie 143 funtów i napięcie trochę osłabło. Federacja IBF zapowiedziała tylko, że jeśli Peterson przegra, to odbierze mu tytuł. I tak też się stało.

 

Tym razem sędziowie opowiedzieli się z Garcią, ale rewanż, jeśli do niego kiedyś dojdzie, możliwy chyba tylko w wadze półśredniej. Z junior półśrednią obaj powinni się już pożegnać, bo takie walki w umownych limitach mają coraz mniej wspólnego ze sportem.

 

Inna sprawa, że galę w Nowym Jorku, podobnie jak w San Juan warto było obejrzeć.