Ole był wyśmienitym żużlowcem, ale jako człek książki czytujący (biografię Henry’ego Forda połknął w trzech kęsach), zapragnął uczynić cosik co rozsławi jego imię również po zakończeniu startów na żużlu. Był gorącym orędownikiem cyklu Grand Prix. Sam laury zdobywał w finałach jednodniowych, najbardziej romantycznych rozgrywkach w światowym speedwayu. Zawodnicy ścigali się zapamiętale na różnych torach, przechodzili przez wąskie gardziele eliminacji (finały Wspólnoty Brytyjskiej, finały Zamorskie, finały skandynawskie i kontynentalne), byleby tylko we wrześniu znaleźć się w gronie 16 najlepszych żużlowców globu i walczyć o złoto. Któż nie chciał wystartować na oczach 98 tysięcy fanów czarnego sportu na Wembley Stadium, Stadionie Śląskim w Chorzowie czy przy nieco mniejszej publiczności na Ullevi w Goeteborgu? To było marzenie wszystkich chłopców, którzy gdy tylko przetarli oczy, nie myśleli o płatkach kukurydzianych tudzież owsiance, tylko o metanolu, ramach, zębatkach i dyszach.

 

Rewolucja w mistrzostwach świata

 

Olsen czuł, że nadchodzą nowe czasy, że trzeba zmienić system wyłaniania indywidualnego mistrza świata na żużlu. Tyle, że zasługi przypisuje sobie niesłusznie, bo pomysłodawcą zaszczepienia cyklu Grand Prix na żużlu był holenderski działacz Jos Vaessen. Jakby na potwierdzenie tezy, że jedyny dwudniowy finał światowy odbył się w Amsterdamie w 1987 roku. Skoro raz uczyniono odstępstwo od reguły i stało się to w Holandii, przeto nie dziwota, że Holender stał na czele nowej fali.

 

Vaessen negocjował z zawodnikami (w tym z Hansem Nielsenem, wybitną postacią speedwaya rodem z Danii) stawki finansowe i liczbę turniejów GP w trakcie sezonu. Przyjęto bardzo racjonalny kompromis: 6 zawodów GP w skali roku. Zawodnicy byli przemęczeni startami w europejskich ligach (sam Nielsen jeździł w lidze brytyjskiej, duńskiej, czeskiej, niemieckiej, polskiej i szwedzkiej), więc 6 turniejów wydawało się idealnym rozwiązaniem. Vaessen obiecał, że za zwycięstwo w turnieju żużlowiec otrzyma 10 000 funtów, ale koledzy Vaessena z międzynarodowej federacji motocyklowej zmienili „skrzętnie” walutę z funtów na dolary amerykańskie, o czym oczywiście nie raczono poinformować zawodników. Niemniej jednak, to Holender Jos Vaessen stał na czele działaczy, którzy wzorem wyścigów szosowych (dzisiejsze Moto GP), motocrossu, superbikes, trialu, wprowadzili system Grand Prix jako jedyny obowiązujący w indywidualnych mistrzostwach świata na żużlu. I w Vojens w 1994 roku, ukochanym miasteczku Ole Olsena, zorganizowano ostatni jednodniowy finał światowy. Po porywających zawodach wygrał Szwed Tony Rickardsson przed Hansem Nielsenem i Australijczykiem Craigiem Boycem. Olsen był zachwycony, bo ostatni finał odbył się na jego kameralnym obiekcie, a począwszy od 1995 roku speedway miał wkroczyć na nową ścieżkę. Z Sudetów poprzez Tatry aż po alpejskie szczyty…

 

Dyrektor Grand Prix

 

Ole został dyrektorem cyklu Grand Prix, a Jos Vaessen, pomysłodawca serii Speedway Grand Prix, przepadł w wyborach w międzynarodowej federacji motocyklowej. Olsen był szczęśliwy widząc szczelnie wypełnione trybuny Stadionu Olimpijskiego we Wrocławiu. 20 maja 1995 roku Wrocław eksplodował radością, bo po fascynującym turnieju, finał A na swoją korzyść rozstrzygnął Tomasz Gollob. Drugi był Hans Nielsen, a za nim dwaj Brytyjczycy: Chris Louis i Mark Loram. Uradowany Olsen, zanim udał się na drugi turniej do austriackiego Wiener Neustadt, postanowił oddać się swojej innej pasji i przez kilka dni penetrował malownicze knieje w Górach Bystrzyckich i w Masywie Śnieżnika. Z łuku nie strzelał, bo za bardzo nie fascynują go wyczyny Robin Hooda ani innych mężnych banitów z sherwoodzkiego lasu, ale dubeltówkę owszem nosił. Mieszkańcy Międzylesia i okolic łypali wzrokiem i dziwowali się czemu tyle szumu wywołała wizyta człowieka, który przez 17 lat z powodzeniem ścigał się na motocyklu żużlowym. A Ole spoglądał na wodospad Wilczki, przemierzał lasy i rozmyślał o kolejnej ekspansji cyklu Grand Prix. Wówczas musiał mu wystarczyć znakomity producent transmisji z GP, firma Nordisk, która zrewolucjonizowała pokazywanie speedwaya na szklanym ekranie. Wciąż brakowało jednak prężnego, poważnego promotora cyklu indywidualnych mistrzostw świata.

 

Olsen pukał do rozmaitych drzwi, aż w 1999 roku jego projekt doczekał się wsparcia. Nad Tamizą mieszkał John Postlethwaite, prowadzący firmę Benfield Sports International. Zainteresował się speedwayem i wykupił od FIM (międzynarodowej federacji motocyklowej) prawa marketingowe i telewizyjne do Grand Prix. Jedną z pierwszych myśli przewodnich Johna było wypromowanie speedwaya na wielkich stadionach. Johna i Ole nazwano hazardzistami kiedy w 2000 roku ogłosili w Coventry, że czas skończyć z małymi peryferyjnymi obiektami, bo speedway chcąc się rozwijać musi wkroczyć na nowoczesne, wielkie obiekty. Jednym słowem koniec z Hackney, Bradford i Coventry, a czas na walijskie Cardiff i Millennium Stadium. Fakt, zręczna promocja prowadzona przez cały rok przez Brytyjczyków sprawiła, że Cardiff stało się perełką współczesnego cyklu GP. Rokrocznie ponad 40 tysięcy widzów zasiada w Cardiff, a w 2014 roku, kiedy Tai Woffinden bronił tytułu mistrza świata, na trybunach zasiadło nawet 50 tysięcy widzów. W dobie telewizji jest to niebywałe osiągnięcie.

 

Godzi się jednak wspomnieć, że nie zawsze tor w Cardiff był idealny. Dziury, koleiny, twarde połacie przemieszane z bardzo przyczepnym pasem, narażały zawodników na szwank. Podobnie było w Berlinie w 2001 roku kiedy w deszczowej scenerii spod nawierzchni wyzierały… deski. Ole Olsen i jego firma Speedsport uczyli się, eksperymentowali z mieszankami, piaskiem, żwirem, kamieniami. A eksperymenty to również spore poletko na błędy. W 2003 roku na Ullevi w Goeteborgu żużlowcy odjechali zaledwie 3 wyścigi. Po opadach deszczu tor nie nadawał się do jazdy. Crumpie podszedł do Jasona Lyonsa i wyszeptał: „tor nie jest taki zły, widywałem gorsze w poniedziałek w Manchesterze”. To ironiczny komentarz znakomitego australijskiego żużlowca, który zderzył się ze ścianą bufonady ze strony organizatorów. Jednak wówczas tor układali „spece” ze szwedzkiej federacji. Olsen stał z boku i znacząco uśmiechał się. Jednomyślność żużlowców zmusiła BSI do odwołania zawodów. Tydzień później tor przygotowała ekipa Ole Olsena i zawody przebiegły bez zakłóceń.

 

Magia wielkich obiektów

 

Olsen i jego ludzie nabierali wprawy w układaniu torów czasowych. Z czasem dla speedwaya otworzył swe wrota najładniejszy obiekt w Kopenhadze – stadion Parken. W 2002 roku Olsen ułożył tor na stadionie Telstra w Sydney. Nie było dramatu, ale nie było też powodów do zachwytu. Tory układane rzadko sprzyjały ekscytującej walce. Speedway stanął na rozdrożu. Powrócić do starych, stałych torów typu Linkoeping, Vojens, Praga, Coventry, Wrocław, Bydgoszcz, Krsko czy walczyć o nowego widza w wielkich miastach? Zawarto kompromis. Kilka torów na prerii, kilka w wielkich aglomeracjach. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fiasko na Veltins Arena w Gelsenkirchen. W 2007 roku Andreas Jonsson wygrał wyścig o 100 000 dolarów amerykańskich (cykl GP obchodził mały jubileusz – setne zawody), ale rok później zawodów nie rozegrano, bo ktoś nie dopilnował przewozu materiału na barkach. Zabrakło przytomności umysłu i plandeki, materiał przemókł. Australijczycy byli wściekli, bo podejrzewali, że firma Olsena celowo postąpiła niefrasobliwie, aby poobijany Nicki Pedersen wyleczył się i obronił zaliczkę przed nacierającym Jasonem Crumpem. Zawody przeniesiono do Bydgoszczy (odbyły się tydzień później), wygrał Tomasz Gollob, a Nicki i tak obronił tytuł. Jednak Niemcy, ogromny rynek motoryzacyjny, na stałe wypadły z cyklu GP… Strata to niepowetowana i nie zrekompensował jej nawet jednoroczny pobyt w cyklu Martina Smolinskiego…

 

Hans Nielsen podejrzewa, że coraz gorsze tory czasowe to efekt starzenia się Ole Olsena (w listopadzie Ole skończy 69 lat). Przed rokiem przerwano GP Finlandii w Tampere, bo tor był fatalnie ułożony na lekkoatletycznej bieżni, wejścia w łuk były zbyt wąskie, a po 12 biegu zawodnicy spacerowali sobie po torze i narzekali na nawierzchnię. Zamiast święta była parodia żużla, ale zawody ukończono. W sierpniu 2014 roku deszcz rozmył tor w Rydze, więc zawody przeniesiono na niedzielę do Daugavpils. Szaleństwo, ale stały tor na Łotwie pozwolił na swobodne rozegranie turnieju GP.

 

Koneserzy speedwaya optują za normalnymi torami. Romantycy mówią: niech chłopcy ścigają się w Krsko na słoweńskiej ziemi, niech jeżdżą w Pradze, Żarnovicy na Słowacji, niech ruszą do Czerwonogradu na Ukrainę, do Vastervik w Szwecji, do Holsted w Danii czy do Seinajoki w Finlandii. Jednak przeciwnicy upojnego ścigania na tradycyjnych torach wolą Sztokholm i Friends Arena, gdzie jesienią ubiegłego roku ułożono rewelacyjny tor. Cykl GP stracił Kopenhagę, ale zyskał Horsens, gdzie 8 sierpnia ma odbyć się GP. Ostatni turniej GP ma zostać rozegrany 24 października na Etihad Stadium w Melbourne. Olsen i jego ludzie będą układać tor w dalekiej Australii, bo każde miasto, które płaci BSI za turniej z cyklu GP, musi wynająć fachowców z Danii, czyli firmę Ole Olsena – Speedsport.

 

Koleżką moim bądź

 

To po części hołd jaki Brytyjczycy z BSI składają zasłużonemu działaczowi i wspaniałemu żużlowcowi. Tylko, że monopolista ma to do siebie, że nie musi troszczyć się o jakość swojego produktu, bo i tak zostanie przy żłobie. Ba, przecież syn Ole – Torben jest event managerem w firmie BSI, więc jak można przypuszczać, syn nie będzie zarzucał ojcu, że źle przygotował tor w Warszawie, bo wówczas odetnie Ole od źródełka. Owszem, można poszukiwać firmy, która układa tory w halach do supercrossu czy freestyle motocrossu i pewnie Czesi byliby nieocenieni w tej materii, ale to wymaga czasu i politycznych zabiegów, bo kto przekona Brytyjczyków z BSI, żeby skorzystać z usług innej firmy niż Speedsport? Tego nie dokonałby nawet znany praski poeta Egon Bondy z powieści Hrabala „Czuły barbarzyńca”…

 

A zatem i PZMot i Kai Laukkanen (promotor zawodów GP w Tampere) ryzykują, bo zdają się całkowicie na ludzi Olsena. Skoro wyprawiamy 18 urodziny dla córki i wynajmujemy firmę cateringową, to nie zaglądamy kucharzowi do garnka, prawda? W Warszawie działy się przedziwne historie, bo w czwartek rano tor przypominał bulgoczący wywar wiedźmy Jagi, żony Łamignata z komiksu „Kajko i Kokosz”. Torben Olsen grzecznie przeganiał wolontariuszki, które niezdarnie wkroczyły na tor, bo chciały zobaczyć jak buduje się podium dla żużlowców… Nawierzchnia nie związała się, dach nad Narodowym był zamknięty, było piekielnie zimno, a czasu do treningu coraz mniej. Thomas Jonasson i Nicki Pedersen, dwaj odważni rycerze, wyjechali na tor podczas piątkowego treningu, ale wyrywało im ręce, a obaj do ułomków nie należą. Nicki złościł się, że tor na najważniejsze zawody w speedwayu jest fatalnie przygotowany, ale to twardziel, więc przebrał się w kevlar i kręcił kółka. Jonasson też pokonywał łuki. Reszta czekała i przyglądała się, bo trening nie jest obowiązkowy. Olsen obiecywał, że przez noc ekipa wykona pracę i w sobotę tor będzie perfekcyjny, po prostu miód malina.

 

Angielskie kamieniołomy

 

Materiał, który Ole wykorzystuje do budowy toru pochodzi z hrabstwa Derbyshire. Składowany jest w kamieniołomach Breedon Aggregates, skąd jest transportowany do King’s Lynn. Tam materiał śpi sobie w dokach, skąd jest przewożony na barkach lub statkach do portu w kraju, w którym odbywa się GP. Mikstura, którą Olsen uważa za idealną do budowy toru przypłynęła więc do Gdańska, a stamtąd została przewieziona ciężarówkami do Warszawy. PZMot udostępnił firmie Olsena Stadion Narodowy w dniu 12 kwietnia, jednak tajemnicą poliszynela jest, że prace przy budowie toru ruszyły 14 kwietnia. Dwa dni zwłoki przy nowym, nieznanym obiekcie, przy fatalnej aurze (niska temperatura powietrza) mogły okazać się kluczowe w zaniedbaniach. Olsen mozolnie układał tor z doświadczonym teamem, a PZMot zadbał o catering, nikt nie chodził głodny. Gorąca strawa była dostępna w korytarzach Narodowego, więc Duńczycy mieli zapewniony maksymalny komfort pracy. Na głowę nie kapał deszcz, było co prawda zimno, ale w pracy nie ma marudzenia, tylko zakasuje się rękawy i cała naprzód ku nowej przygodzie jak śpiewano w filmie Podróże pana Kleksa… Tymczasem okazało się, że nie ma rezerwowej maszyny startowej, bo Duńczycy nie przywieźli jej do Warszawy. Zaniedbanie, które okazało się kluczowe, bo zły stan toru zawodnicy jeszcze potrafiliby przełknąć, ale nie start w GP na zielone światło tudzież na chorągiewkę. To można przeboleć na zawodach juniorów, ale nie w cyklu mistrzostw świata…

 

Maszyna startowa

 

Olsen tłumaczy, że w piątek sprawdzał działanie maszyny startowej 12 razy i za każdym razem wszystko sprawnie działało. W sobotni poranek Ole sprawdzał maszynę 10 razy, a dwie godziny przed zawodami testował działanie maszyny 6 razy i nie było najmniejszych problemów. „Tą samą maszynę używaliśmy podczas GP w Sztokholmie i w Kopenhadze i nie było żadnych problemów. Nie wiem co się stało…” – mówi Olsen. 

 

Warszawa miała być klejnotem dla cyklu GP. Polscy organizatorzy w pocie czoła pracowali nad scenariuszem imprezy. 22 triumfy Tomasza Golloba, stopniowo wygaszane światła na Narodowym, runda honorowa najwybitniejszego polskiego żużlowca w odkrytym Mercedesie, filmik o Tomaszu, wręczenie złotego kasku. Na zawody przyleciał prosto z Le Mans sam prezydent FIM, Wenezuelczyk Vito Ippolito. Byli trzej polscy prezydenci: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski. Niestety, Ole i jego firmę Speedsport zgubiła pycha i rutyna. Ciekawe co wydarzy się 16 maja w Tampere, gdzie ma odbyć się kolejna runda GP, a tor ma układać Speedsport…

 

Byłbym szczęśliwy i odstawiłbym kubek z melisą, gdyby czasami słoń zechciał posłuchać mrówki. Gdyby udało się przekonać mędrców, że Tomasza Golloba należało pożegnać przed prezentacją, około godz. 18.30 wtedy kiedy trybuny kipiały cudowną energią, bo 54 tysiące widzów czekało na pierwsze puszczenie dźwigni sprzęgła i wielkie emocje. Uniknęlibyśmy strachu o ewentualnego dzwona i kontuzję Tomasza, a wielki mistrz zostałby godnie pożegnany. Wszak Gollob wiele razy startował z kontuzją, wiele razy łamał kości, a mimo to wstawał i walczył na żużlowym torze. Tak wybitny zawodnik otrzymał pożegnanie jakby kończył międzynarodową karierę na zapomnianym torze w czeskich Brezolupach albo na porośniętym trawą torze w Machowej. Szkoda. I jeżeli jeszcze dodać zachowania oficjeli z BSI, którzy zrzucali obowiązek przeprowadzenia konferencji prasowej na barki PZMot, to mamy obraz rozpaczy. Polski team dzielnie napracował się przy organizacji wydarzenia i chciał, aby speedway dostał pozytywnych wibracji. Jak dotąd po każdym turnieju GP, ludzie z BSI przeprowadzali konferencje prasowe. Co takiego wydarzyło się, że uciekali niczym z tonącego statku? Przecież nie jechali do Krosna przez całą noc po GP jak Hans Nielsen, Jarek Hampel, Krzysztof Kasprzak, Maciej Janowski, tylko mieli zaplanowane loty w niedzielę. Jeśli nie ma chęci współpracy i współdziałania, niczego nie stworzymy, choćbyśmy jak mawiał sześciokrotny indywidualny mistrz świata na żużlu – Szwed Tony Rickardsson sikali żużlem przez 24 godziny na dobę.

 

Długopole Zdrój

 

Ole, monopolisto, nie bądź niczym Telekomunikacja Polska za głębokiej komuny. Jak nam się zechce to podłączymy kabelek i będzie łączność, a jak nie, to kto nam podskoczy? Ole, może lasy Ziemi Kłodzkiej są idealnym miejscem na godziwą emeryturę. Może warto zaszyć się w okolicach uzdrowiska Długopole Zdrój, zażyć kuracji, kąpieli błotnych i odpocząć po burzliwym życiu zawodowym, a Speedway Grand Prix oglądać sobie w pobliskim pubie? Tylko komu zdradzisz złotą receptę budowy torów czasowych? Chyba nie lisom, rysiom i borsukom ani rywalom z polskiej firmy One Sport, bo ten manewr byłby równie ryzykowny jak zjedzenie trującego grzyba…

 

Speedway Grand Prix, quo vadis? Na stracenie w meksykańskim wąwozie Barranca del Cobre czy do niebios bram?