Przed rokiem żużlowcy z Manchesteru zakończyli sezon na ósmym miejscu. W 32 meczach ekipa Belle Vue Aces zdobyła 34 punkty. Gorsze były tylko Lwy z Leicester (25 punktów w 32 spotkaniach). King’s Lynn Stars na samym finiszu regularnej sesji stracili przodownictwo w tabeli. Piraci z Poole nakryli ich kocem na ostatnim wirażu, podobnie jak Niels Kristian Iversen Janusza Kołodzieja w finale Drużynowego Pucharu Świata. Kulą u nogi Asów z Belle Vue były mecze wyjazdowe. Najlepszym wynikiem na obcym torze w sezonie 2014 był … remis w Wolverhampton 45-45 osiągnięty w czarodziejskich okolicznościach. W ostatnim 15 wyścigu Matej Zagar i Scott Nicholls nie dali szans Taiowi Woffindenowi i Piotrowi Pawlickiemu. Jeden remis to jednak stanowczo za mało jak na drużynę o tak ogromnych aspiracjach i gigantycznej spuściźnie dziejowej. I pomyśleć, że nad torem w Manchesterze czuwał najlepszy ekspert w tej materii, Colin Meredith…

 

Niegasnąca wiara w żelazny skład

 

Chris Morton, były znakomity brytyjski żużlowiec i gwiazda Belle Vue Aces, wie, że na papierze nie wygrywa się wyścigów. Morton chciał oprzeć siłę Asów na trzech doświadczonych dżokejach (Zagar, Nicholls, Cook). Dosypał przyprawy w postaci dwóch zdolnych zawodników (Worrall, Toft), a sałatkę stworzył na bazie dwóch nieprzewidywalnych żużlowców (Nielsen, Payne). - Chcieliśmy dać zatrudnienie Brytyjczykom przeróżnej maści. Mam świadomość, ze Richie Worrall i Craig Cook wciąż są bardzo rozwojowi. Asy w sezonie 2014 były konglomeratem ukształtowanych zawodników i niespełnionych nadziei, a w gruncie rzeczy wszyscy pojechali poniżej swojego poziomu. Jestem zawiedziony wynikami w poprzednim roku, ale wiem, że człowiek nigdy nie przestaje się uczyć. Zarówno w chwili triumfu jak i klęski możemy zdobyć się refleksję i nauczyć się czegoś sensownego – wyznał Morton.

 

Scott Nicholls docenia wiarę Chrisa Mortona w procesie budowy stabilnej kadry. - Podziwiam i szanuję szefostwo klubu Belle Vue Aces za zaufanie jakim obdarzyli zawodników. Doskonale zdaję sobie sprawę z ostrza krytyki jakie dotyka promotorów i menedżera w chwili, gdy porażka goni porażkę. Wszyscy dookoła nawołują do zmian kadrowych, a Morton wciąż pokłada nadzieję w tym samym zestawie obiadowym. Chylę czoła przed Chrisem. Z drugiej strony spoglądam w stronę Coventry Bees i Poole Pirates, które wiecznie żonglują składem i oba kluby świetnie na tym wychodzą. Na papierze mieliśmy odlotowy zespół, ale punkty zdobywa się walcząc na torze. Super, że do drużyny trafił prawdziwy lider Matej Zagar, ale prawdziwym odkryciem był Duńczyk Michael Palm Toft. Michael walczył z determinacją o każdy punkt, nie było dla niego straconych pozycji. Nie poddawał się, wygrywał z wyżej notowanymi zawodnikami i zaskarbił sobie sympatię fanów. Jeździł z nr 2, a więc nie miał łatwych rywali. Kibice powątpiewali w niego, jakby zapominając, że Toft zdobył złoto Premier League ze Scunthorpe Scorpions w 2012 roku. Tymczasem nawet zawodnicy z GP przegrywali z Toftem na Kirky Lane. Szkoda, że zabrakło dla niego miejsca w składzie na sezon 2015. Kogo jak kogo, ale Michaela bym zostawił w ekipie Asów. Z drugiej strony, rozumiem Mortona, który stawia na prawdziwy juniorski diament z Australii – Maxa Fricke’a. Nie chciałbym znaleźć się w skórze promotora i menedżera – to naprawdę trudny fach. Nieprzespane noce i troska o zdrowie oraz finanse klubu. W zasadzie nigdy nie odpoczywasz – twierdzi Nicholls.

Najbardziej okazałą wygraną na Kirky Lane w sezonie 2014 był pogrom Leicester Lions 56-35. Starsi kibice wzdychają za dawnymi czasami kiedy rozgromienie Poole Pirates nie nastręczało Asom większych problemów. W 2004 roku Belle Vue wygrało u siebie z Poole 68-25. To najwyższe zwycięstwo Asów na własnym torze w historii występów w Elite League. Jednak malkontenci powinni mieć żywo w pamięci wygraną Asów nad Poole w sezonie 2014. Pokonać mistrzów Elite League 51-39 to nie lada wyczyn. 28 kwietnia 2014 roku żużlowcy Belle Vue dokonali tej sztuki. 7 lipca Belle Vue po raz drugi pokonało Piratów, tym razem w stosunku 54-38, a więc gdzie jest pies pogrzebany? Oprócz świetnej jazdy Asom przydarzały się również nieoczekiwane wpadki na Kirky Lane. Remis z Lakeside, porażki ze Swindon (41-49), King’s Lynn (39-54), Coventry (36-56 i 40-53) przesądziły o niskiej lokacie na finiszu Elite League. „W drugiej części sezonu dostaliśmy lekkiej czkawki, ale nie był to dramatyczny spadek formy. Zbytnio uwierzyliśmy w siebie po wygranych nad Leicester, Wolverhampton i Poole. Remis z Młotami był sygnałem ostrzegawczym, a porażka z Rudzikami ścięła nas z nóg. Chcę pokłonić się Colinowi Meredithowi, który jest znakomitym fachowcem od przygotowywania torów. W przeszłości wzdrygałem się przed podpisaniem kontraktu z Belle Vue, bo wiedziałem, że Kirky Lane to bardziej świątynia corridy i motocrossu, a nie dobrej speedwayowej nawierzchni. Odkąd Colin przejął pieczę nad torem, nie ma żadnych dziur, kolein, po prostu ściganie stało się bajką” – podkreśla Scott Nicholls.

 

Chris Morton dodaje, że 4 porażki na własnym torze to zbyt duży margines błędu i on nie akceptuje takiego stanu rzeczy. „Wiem, że chłopców dopadły problemy sprzętowe i wiem, że w paru sytuacjach sędziowie podejmowali takie decyzje jakby  sprzysięgli się przeciwko naszej drużynie. Gdybym częściej mógł skorzystać na wyjazdach z usług Craiga Cooka, wyniki byłyby lepsze, ale cóż poradzić, mleko się rozlało… Ponadto już po 7 meczach wiedziałem, że nie mogę liczyć na Bena Reade, bo Elite League przerosła jego możliwości. Jestem zadowolony z postępów jakie uczynił Stefan Nielsen, ale wciąż brakowało nam armat na pozycji drugiego rezerwowego. Lee Payne też nie błyszczał. Szkopuł w tym, że za bardzo wierzę w umiejętności moich rodaków…” – twierdzi Chris Morton, mistrz świata w jeździe parami z 1984 roku.

 

Ot, bądź mądry i pisz wiersze. Morton wierzy niezmiennie w kręgosłup drużyny, ale zimą doszedł do wniosku, że może warto dodać soku z cytryny i dać odpocząć Jasonowi Attwoodowi…

 

Lemo w roli menedżera Asów

 

Mark Lemon lubi chodzić na lekcje karate. Nie robi tego, po to, aby walczyć z nieznajomymi typkami po zmroku na ulicach Manchesteru, lecz dla harmonii duszy i ciała. Wciąż pamięta debiutancki występ w lidze brytyjskiej dla Poole Pirates, choć od chrztu przy Wimborne Road minął hektar czasu. Lemon skończył 41 lat i wie, że zakończenie kariery żużlowca było mądrym posunięciem. - W trakcie sezonu zawodnik ma tyle spraw na głowie, że nie ma czasu, aby pomyśleć o kolejnym rozdziale swojego życia. Czułem, że kondycyjnie odstaję od rywali, że mój sprzęt nie jest towarem z najwyższej półki. Dzisiaj dzieciaki ścigające się w Premier League mają takie fury jak chłopcy z Grand Prix! Jak ja, podstarzały kangur mogłem z nimi nawiązywać walkę? Przyznaję, coraz trudniej wysiadałem z busa, gdy przyjeżdżałem na zawody. Nie czułem ciarek na ciele, nie było tego nerwowego napięcia przed startem, więc uznałem, że czas skończyć karierę żużlowca. Myłem moje motocykle, grzebałem w silnikach, prowadziłem busa, ścigałem się, a ponadto miałem mnóstwo obowiązków jako menedżer reprezentacji Australii – mówi Marek Cytryna.

 

Poprzednim menedżerem kadry kangurów był Boycie (Craig Boyce, brązowy medalista indywidualnych mistrzostw świata z 1994 roku z Vojens). Mark Lemon nie ma łatwego zadania, bo Australia wciąż śni o triumfie w Drużynowym Pucharze Świata, a ostatnie sezony nie ułożyły się po myśli następców Jacka Younga i Neila Streeta. - Australijczycy są bardzo ambitnymi sportowcami i zawsze celują w najwyższe laury. Trudno rozszyć się i solidnie punktować na torze, a przy tym być dobrym menedżerem kadry. Pod koniec maja 2014 roku Glasgow Tigers zwolniło mnie z klubu. Nie zdołałem odjechać nawet tuzina imprez. Nie mogłem rozgryźć toru przy Ashfield Park. O niebo lepiej radziłem sobie na wyjazdach. Spędziłem blisko miesiąc bez zatrudnienia aż wreszcie pojawiła się oferta z Redcar Bears. U niedźwiadków nie było źle, a mimo to moja średnia biegowa spadła o blisko punkt w stosunku do sezonu 2013 kiedy podróżowałem w stylu Marco Polo. Mam na myśli długie i męczące dojazdy do Plymouth. Nie dostałem w kołysce talentu. Wszystko co zdobyłem musiałem osiągnąć poprzez ciężką pracę. Uważam, że styl życia żużlowca jest kapitalny, nigdy nie narzekasz na nudę, wciąż cos się dzieje, ale coraz trudniej nawiązywałem walkę z rywalami, więc któregoś pochmurnego poranka musiałem powiedzieć sobie: dosyć. Rozumiem młodych, którzy inwestują masę pieniędzy w sprzęt, bo kariera stoi przed nimi otworem. Ja nie mogę wyrzucać tysięcy funtów na „szafy” (silniki), bo nie ma we mnie takiej dozy energii jak niegdyś. Mam swoje lata. Przez pewien czas pracowałem dla mojego wieloletniego sponsora Mike’a Spearpointa, budowałem domy, ale nic tak nie smakuje jak praca przy speedwayu. Musiałem zrezygnować z pracy u Mike’a, bo większość zleceń dotyczyło obszaru West Country, a ja mieszkam w Southport oddalonym o 200 mil! – tłumaczy Mark Lemon.

 

Lemo spróbował swoich sił w rasowaniu silników. Jako tuner odniósł kilka sukcesów na przestrzeni minionych 18 miesięcy, ale nie wie czy w tak konkurencyjnym świecie mógłby zagościć na stałe. Dziś szalenie trudno o klientelę wśród speców od tuningu. Póki co, Lemo nie myśli o powrocie do Down Under, choć za dekadę pomysł osiedlenia się w stanie Victoria będzie bardziej realny. Żona Lemona, Emma, córka byłego żużlowca Toma Owena, ma dobrą pracę w Anglii. Przed laty była zatrudniona na słynnym torze wyścigów konnych – Aintree, ale uznała, że lepiej być wolnym strzelcem i rozbiła świnkę skarbonkę. - Emma znakomicie odnajduje się w swoim fachu. Jest konsultantką ekonomiczną na torze Chester, postawiła na nogi Knowsley Hall Safari Park. Nie ma więc powodów, aby frunąć nad Azją przez 30 godzin i wracać do miejsca, w którym jako 13-latek usiadłem na motocyklu żużlowym – mówi Lemo.

 

Mark nastolatek mógł wybierać pomiędzy grą w futbol australijski a speedwayem. Wybrał motocykl, świetnie ścigał się w mistrzostwach stanowych i czempionacie do lat 21. Przyleciał do Anglii gdy miał 17 lat, czyli żużlowe mleko pod nosem. Podpisał kontrakt z Poole i zadebiutował na Wyspach we wrześniu 1990 roku…

 

Poole awansowało wówczas do ligi wyżej, więc Lemo trafił na wypożyczenie do Middlesbrough. Dobrze zapowiadająca się kariera otrzymała solidny cios w karter kiedy w 1993 roku Lemonowi nie przyznano pozwolenia na pracę w Anglii. Przez 3 lata nie wyściubił nosa poza Australię…

 

- Wróciłem do codziennej szarzyzny, ale praca nie sprawiała mi przyjemności. Spoglądałem z zazdrością w stronę Jasona Crumpa i Ryana Sullivana, którzy przebili się w Europie i robili najcudniejszą rzecz pod słońcem – ścigali się na żużlu i jeszcze im za to płacono. Dziś chłopcy mają łatwiej, bo wystarczy znaleźć się w gronie czterech najlepszych żużlowców w mistrzostwach stanowych i można ubiegać się bez problemów o pozwolenie na pracę w Anglii. Za moich czasów nie było takiego luksusu. Bezpowrotnie straciłem sezony: 1993, 94 i 95. Nie byłem tak zdolny jak Crumpie czy Leigh Adams, ale nie byłem też beznadziejny. Wygrałem z nimi podczas mistrzostw stanu Victoria w 1996 roku. Rozłąka z europejskim żużlem nauczyła mnie pokory. Zacząłem bardziej doceniać najmniejszy sukces – wyznaje Lemon.

 

Po zwycięstwie w mistrzostwach stanu Victoria, Lemo zgłodniały ścigania na wysokiej półce, zajął 6 miejsce w mistrzostwach Australii. To otworzyło mu wrota do finału Overseas (Zamorskiego). Mark był jednym z trzech zawodników, którzy zgodzili się jeździć na oponach bez nacięć na głównym klocku, a więc zyskał w oczach FIM. Wielu rywali straciło szansę walki o awans do GP’1997, bo FIM nie lubi rebeliantów. Lemo znalazł się w gronie uczestników finału interkontynentalnego w duńskim Holsted, ale kilka tygodni przed zawodami w Danii, Mark zaliczył dzwona w Coventry i nabawił się poważnej kontuzji łokcia. - 5 wyścigów dzieliło mnie od Grand Prix. Po raz drugi wrota uchyliły się w 1998 roku kiedy wywalczyłem awans do finału interkontynentalnego w Vojens. Znów Dania… Miałem kolosalne problemy z zapłonem, zaliczyłem upadek i wykluczenie, a więc ukończyłem tylko 2 wyścigi! – wspomina Lemon.

 

W 2001 roku Mark borykał się z problemami zdrowotnymi. - Ciało odmawiało posłuszeństwa. Bark wypadał mi nawet podczas snu! Ilekroć wsiadałem na motocykl, miałem gigantyczne problemy z barkiem. Lekarze mówili, że konieczna jest operacja, ale rehabilitacja trwałaby od 8 do 12 miesięcy, a ja nie mogłem sobie pozwolić na brak dochodów. Jak bardzo zmieniła się medycyna od tamtych czasów. Przed dwoma laty miałem operację drugiego barku i potrzebowałem zaledwie 3 miesięcy, aby wrócić do zdrowia. Podczas tragicznego sezonu 2001 wpadłem w depresję. Nie chciałem wstawać z łóżka, nie myślałem o ściganiu się na żużlu. Wtedy mój lekarz polecił mi spotkanie z guru psychologów sportu – doktorem Noelem Blundellem. Ten znakomity australijski spec po zaledwie trzech konsultacjach wyzwolił mnie z depresji. Jestem mu za to dozgonnie wdzięczny. Kiedy moi podopieczni tracą wiarę w sens życia, wspieram ich doświadczeniem jakie wyniosłem ze spotkań z Noelem… – wyznaje Lemon.

 

Pojętny uczeń, nie ma co… Teraz Lemo będzie potrzebował magicznych technik doktora Blundella, skoro 20 kwietnia jego Asy wyraźnie uległy Pszczołom z Coventry 39-51…

 

Steady out, a Lambert w gazie

 

25 kwietnia Simon Stead ukończył 33 lata. Miały to być urocze urodziny w rodzinnym gronie… Steady znakomicie rozpoczął sezon. Menedżer Sheffield Tigers zacierał ręce kiedy widział błysk w oku Simona. 16 kwietnia Simon wykręcił komplet z bonusem w meczu o Puchar Premier League (14 + 1) pomiędzy Sheffield a Newcastle. Steady jeździł jak natchniony, wchodził w wąską gardziel pomiędzy Steve’a Worralla a Ludviga Lindgrena. Bawił się jazdą. Niestety, dwa dni później, 18 kwietnia w meczu Premier League pomiędzy Rye House a Sheffield doszło do feralnego wypadku. 15 wyścig, gospodarze przegrywali 36-45. Steady był bezbłędny w pierwszych 4 startach. 3, 2 z bonusem, 3, 3. Kosmos. Na trzecim okrążeniu Simon wychodził z ostatniego wirażu i zahaczył hakiem o bandę na prostej. Wyleciał jak z katapulty i trafił idealnie na ścieżkę, którą obrał Francuz David Bellego. David nie miał czasu ani miejsca na manewr, choć próbował uniknąć Simona. Steady został przetransportowany helikopterem do szpitala z podejrzeniem złamania kości udowej i uszkodzenia miednicy. Tygrysy z Sheffield wygrały ten wyścig 5-1, mecz zakończył się wygraną ekipy Steada 50-37, ale cóż z tego, skoro Simona już raczej nie ujrzymy w tym sezonie na torze…

 

Mark Lemon był załamany, bo Simon to solidny filar Belle Vue Aces, ale cóż mógł poradzić… Biedny Lemo powołał pod broń Australijczyka Josha Grajczonka, ale 20 kwietnia Josh nie załatał dziury po Simonie. Zdobył tylko 4 punkty. - Josh starał się jak mógł, włożył sporo serca w mecz, ale trudno zastąpić takiego speca od Kirky Lane jak Steady. Po sześciu wyścigach przegrywaliśmy 13-23, więc postawiłem wszystko na jedną kartę, ale nawet Scott Nicholls nie był w stanie pomóc drużynie. Zagar co prawda wygrał siódmy wyścig, ale Scott przyjechał czwarty na metę za Kingiem i Kylmaekorpim. „Zastrzelił” nas były żużlowiec Belle Vue Colts, Jason Garrity, który zgromadził 12 punktów w 4 wyścigach. Z reguły tor Asów jest zagadką dla przyjezdnych, ale Pszczoły miały 3 znakomitych ekspertów od Kirky Lane: Garrity’ego, Harrisa i Andersena. Wiedziałem, że trudno będzie powstrzymać Coventry, bo przyjechali do Manchesteru naładowani pozytywną energią po zwycięstwie nad Poole. Musimy odbudować się przed meczem z King’s Lynn Stars. Śmiem twierdzić, że nie będzie lekko, bo Gwiazdy mają świetny zespół – zauważył Lemon.

 

Jak można wygrać z Coventry Bees, skoro zwycięzca GP w Warszawie i podpora Asów, Słoweniec Matej Zagar zdobywa z Pszczołami 4 punkty + bonus w 4 wyścigach? To nierealne. Garrity był asem w rękawie Pszczół, a w tej samej roli w poniedziałek 27 kwietnia może wystąpić 17-letni Robert Lambert. W sobotę 25 kwietnia młody zawodnik King’s Lynn Stars znakomicie zaprezentował się na „Jancarzu” podczas drugiej edycji World Speedway League. Ścigał się jak równy z równym z asami szlaki. A 14 kwietnia udowodnił, że Brytyjczycy będą mieć z niego pociechę. 15 punktów Lamberta w zasadniczej części indywidualnych mistrzostw Wielkiej Brytanii do lat 21 robi wrażenie. Lambert robił co chciał z Cleggiem, Howarthem, Morrisem. Niestety, w finałowym 22 wyścigu za bardzo skupił się na pilnowaniu Stefana Nielsena. Lambert zajął się walką z Nielsenem, na czym skwapliwie skorzystał Kyle Howarth i został mistrzem Wyspiarzy do lat 21. - Gdy tylko wstałem z łóżka we wtorek 14 kwietnia, marzyłem o tytule. Nic innego mnie nie interesuje. Tylko złoto. Jeden błąd kosztował mnie utratę szans na tytuł. Gdybym pojechał szerzej o stopę (30, 48 centymetra) zamknąłbym drzwi Howarthowi. Szacunek dla Kyle’a, który jest wygą i zrobił więcej kółek na torze w Coventry niż ja. Pojechał jak mistrz. Chciałem zamknąć Stefana przy kredzie i trafiłem na twarde miejsce. Gdybym go nie pilnował, a pojechał szerzej w odsypane na szpicy łuku, byłbym mistrzem. Nie załamuję się. Cieszę się ze srebra, a człowiek uczy się przez całe życie – powiedział Robert.

 

Lambert ściga się z powodzeniem w Anglii oraz w Niemczech. Brytyjczycy żałują, że Robert nie będzie ich reprezentował w mistrzostwach świata do lat 21, bo Lambert jeździ z niemiecką licencją. - Nie sypiam po nocach, myję motory, trenuję, ale mam szczęście, bo wspiera mnie cała rodzina. Trochę odsypiam w drodze na zawody, wówczas kimam w busie. Nikomu nie pozwalam zbliżać się do gaźnika i sprzęgła. Wolę samemu je wypieścić. Moi rówieśnicy nie wiedzą jak przygotować sprzęgło i gaźnik, ale ja wolę wiedzieć na czym stoję. Wśród juniorów będę ścigał się dla Niemiec, ale nie wykluczam, że w seniorskim żużlu zauważy mnie Alun Rossiter i da szansę na występ 8 lipca w King’s Lynn. Wówczas Wielka Brytania będzie walczyć o finał Drużynowego Pucharu Świata na dobrze mi znanym Adrian Flux Arena. Australia, Łotwa i USA to trudni rywale, ale tylko w walce z dobrymi ekipami można nabrać niezbędnego doświadczenia – podkreśla Robert Lambert.

 

Rośnie talent na miarę Woffindena, a więc Rob Lyon może cieszyć się, że w ekipie Gwiazd ma taką perełkę jak Lambert. Mark Lemon wie, że czeka go prawdziwy test kiedy Robert Lambert, Niels Kristian Iversen, Rory Schlein i Kenneth Bjerre obiorą kurs na Kirky Lane…