Co do terminu i sposobu rozstania się z Ojrzyńskim można mieć sporo uwag, ale do tego typu historii jesteśmy przecież przyzwyczajeni. Okres fascynacji trenerem w tym klubie dość często szybko się kończy. O dymisji nie decydowały zatem tylko i wyłącznie względy sportowe, choć te mogły przedłużyć jego pracę do końca sezonu, tylko brak nici porozumienia z ludźmi, którzy podejmują najważniejsze decyzje. Krytyka zimowych ruchów transferowych klubu, czy złych warunków treningowych tylko dolewała oliwy do ognia. Już zimą prezes Wojciech Borecki nie szedł ramię w ramię ze swoim trenerem, ich drogi się rozeszły.


Wypadnięcie poza ósemkę i to na ostatniej prostej było tylko koniecznym do pociągnięcia za cyngiel pretekstem. Przecież nagle „LO” nie został gorszym trenerem niż w czasie gdy był na czwartym czy szóstym miejscu w tabeli. Nie miał on także zapisu w kontrakcie, że musi uzyskać pierwszą ósemkę na koniec sezonu zasadniczego. Ale sygnał wysyłany od władz miasta, sponsorów i klubu był klarowny. Wszyscy otwarcie tego oczekiwali potwierdzając to głośno na obu prezentacjach drużyny i w wypowiedziach dla mediów.

 

Skądinąd słusznie uważano, że skoro zespół kadrowo nigdy nie był tak mocny jak obecnie, można tego wymagać. Trener dostał dość duży komfort transferowy: chciał swoich „pupilów” z Korony Kielce Macieja Korzyma i Pavola Stano, to ich dostał. Niewiele brakowało by zimą doszli kolejni „złocisto-krwiści” (m.in. Piotr Malarczyk). Do zespołu latem dołączyli też m.in. Piotr Tomasik, Sylwester Patejuk, Adam Pazio, Wojciech Trochim, Wojciech Okińczyc, Bartosz Śpiączka, Robert Demjan, Idrissa Cisse, Michal Pesković czy Gracjan Horoszkiewicz. A zimą Kristian Kolcak i Robert Mazań. Nie wszystkie nazwiska pewnie rzucają na kolana, ale zespół z pewnością był zdecydowanie mocniejszy niż w poprzednich rozgrywkach, gdy Podbeskidzie finiszowało ostatecznie na dziesiątym miejscu…Teraz ma szansę najwyżej na dziewiąte. Postęp zatem – jak na poniesione wydatki – nie może być za duży. Dla klubu i jego właścicieli mogły to być wystarczające argumenty.  


Poprzednicy Ojrzyńskiego czyli Czesław Michniewicz, Dariusz Kubicki, Marcin Sasal czy Robert Kasperczyk o takim rozmachu na rynku zakupów mogli tylko pomarzyć. A i tak – poza „Kubą”, który już ponad dwa lata temu odszedł sam, do lepiej płatnej pracy w Rosji – zwalniani przeżywali dokładnie to samo uczucie co dzisiaj Ojrzyński… Czy Brosz może być następny?