Majowy turniej był tak naprawdę pierwszym poważnym sprawdzianem reprezentacji przed EURO 2016 i równocześnie pierwszym meczem od pamiętnego pojedynku o brąz MŚ. Bohater spotkania z Hiszpanią Michał Szyba był także obecny w kadrze na krakowsko-katowicką imprezę, a pod nieobecność Krzysztofa Lijewskiego i Andrzeja Rojewskiego na jego barki spadł ciężar zdobywania bramek z prawego rozegrania. Trzy gole Szyby w ostatnim spotkaniu nie wystarczyły jednak do pokonania Brazylii. - Musimy te mecze traktować jako kolejny krok naprzód. Do EURO nie będziemy grali już żadnych meczów o stawkę, więc te sparingi musimy brać na poważnie. Każde zgrupowanie bardzo nam pomaga, a z tej porażki z Brazylią musimy wyciągnąć wnioski - twierdzi szczypiornista Gorenje Velenje.

 

Spokój w bramce i na kole


Wydaje się jednak, że pozycja, na której gra Szyba jest bardzo mocno obsadzona i akurat na niej Michael Biegler ma bardzo duże pole manewru. Niebawem do formy po kontuzji powinien wrócić Krzysztof Lijewski, a w odwodzie pozostaje przecież jeszcze Andrzej Rojewski. Rafał Przybylski, który zagrał również w Krakowie i Katowicach zaprezentował się solidnie, ale po powrocie Lijewskiego i Rojewskiego będzie jednak czwartym wyborem selekcjonera. Majowy turniej pokazał także, że nie musimy się martwić o dyspozycję kołowych, którzy są jednymi z najlepszych zawodników na tej pozycji na świecie. Bartek Jurecki i Kamil Syprzak jeśli tylko są w formie i dostają podania od kolegów, to z reguły nie zawodzą. Podobnie sytuacja ma się w polskiej bramce, gdzie zawsze można liczyć na Sławomira Szmala czy Piotra Wyszomirskiego, czy na lewym rozegraniu obsadzonym przez Karola Bieleckiego i Piotra Chrapkowskiego.

Mecz z Egiptem pokazał, że na bardzo wiele stać także polskich skrzydłowych, a prym wśród biało-czerwonych w tym spotkaniu wiódł Michał Daszek - zdobywca 5 bramek. Naszym skrzydłom potrzebna jest jednak stabilizacja formy, bo już z Brazylią nie wszystko funkcjonowało idealnie, a największą bolaczką była skuteczność pod bramką rywala. Robert Orzechowski po udanym turnieju Final Four Pucharu Polski dostał kolejną szansę w reprezentacji, ale po raz kolejny zawiódł oczekiwania kibiców. Na szczęście niedługo po kontuzji wróci Kuba Łucak, który był nawet z kadrą w Krakowie, aby poczuć atmosferę panującą na zgrupowaniu. Na lewym skrzydle status quo - Przemysław Krajewski, który w klubie zagrał kilka meczów na środku rozegrania, rzucał ważne bramki, natomiast Adam Wiśniewski był przez trenera oszczędzany w związku z drobym urazem pachwiny.

 



Gdzie w takim razie jest pogrzebany pies? Ano na środku rozegrania, gdzie praktycznie przez cały turniej występował Michał Jurecki, który w końcówce decydującego spotkania z Brazylią nie miał już wystarczajaco siły, żeby napędzać kolejne ataki biało-czerwonych. "Dzidziuś", który był jednym z najlepszych polskich szczypiornistów na boisku w pomeczowej rozmowie z Szymonem Rojkiem próbował znaleźć odpowiedź na nurtujące wszystkich kibiców pytanie. - Dlaczego było tak mało zawodników? Dzisiaj grałem cały mecz, w poprzednim 50 minut i w pierwszym meczu też 50 minut. To są mecze sparingowe i powinni się ogrywać inni zawodnicy, którzy mają aspiracje do gry w reprezentacji. Dużo zawodników jest kontuzjowanych, ale w ich miejsce na pewno mogli zostać powołani młodsi gracze z kadry młodzieżowej czy kadry B - mówił Jurecki.

 

Czas na Konitza


Kogo zatem mógł powołać, a nie powołał Michael Biegler? Od razu ciśnie się na usta tak głośne ostatnio nazwisko "Konitz". Gracz Pogoni Szczecin znalazł się na liście rezerwowych na majowy turniej, a w związku z urazami powołanych Mariusza Jurkiewicza i Michała Masłowskiego wydawało się, że Bartosz wreszcie może dostać szansę w kadrze. Nic z tych rzeczy. Pierwsze spotkanie z Rumunią rozpoczął na środku rozegrania Rafał Gliński, który także nabawił się jednak urazu i zmusił Bieglera do ekspresowego sięgnięcia po Michała Jureckiego. Oby kłopoty na tej pozycji były tylko stanem przejściowym, a wyżej wymienieni zawodnicy wrócą niedługo do pełni sprawności. Wielka szkoda, że nie zanosi się, żeby do kadry wrócili Bartłomiej Jaszka i bedący ostatnio w dobrej formie  Tomasz Rosiński.

Co jeszcze pokazała impreza w Katowicach? Na pewno potwierdziła to, że Polacy mają ogromny problem z drużynami, które grają agresywną, wysoką obroną. O ile Egipcjan dało się oszukać w łatwy sposób, to już Brazylijczycy bronili solidnie przez cały mecz i pozwolili sobie rzucić tylko 25 bramek. Według Michała Daszka ta cenna lekcja przyda się jednak w przyszłości. - Fajnie, że gramy z takimi przeciwnikami, bo możemy się dużo nauczyć. Szczególnie chodziło o przećwiczenie różnych wariantów przeciwko wysokiej obronie. Nie gra się łatwo, gdy przeciwnicy są tak ustawieni, bo praktycznie z każdego błędu technicznego idzie kontra - uważa Daszek.

Turniej w Krakowie i Katowicach dał więc odpowiedzi na wiele pytań, ale sprawił również, że powstało kilka kolejnych wątpliwości w głowie Michaela Bieglera. Sam trener po zakończeniu imprezy kolejny raz podkreślał, że styl jego drużyny często przynosi świetne efekty, ale czasami gra na emocjach okazuje się fatalna w skutkach. - W obydwu połowach była również faza, gdzie poziom niezadowolenia i frustracji wzrastał, w której myśleliśmy, że wynik meczu możemy rozstrzygnąć emocjami. Szczególnie w obronie każdy z zawodników miał pomysł, by wychodzić powyżej linii dziewiątego metra, a tego nie powinniśmy robić. W ataku szukaliśmy natomiast bardzo skomplikowanych sposobów gry i dlatego obydwie połowy miały taki przebieg. Przegraliśmy zasłużenie - zakończył Biegler.