Sebastian Staszewski: Często wyleguje się Pan na plaży?

 

Łukasz Szukała: Regularnie, bo plażę mam bardzo blisko.

 

Irytuje Pana, gdy kibice czy dziennikarze przekonują, że w Arabii jest Pan na wakacjach?

 

Na wakacjach albo na emeryturze… Ciekawe skąd oni to wiedzą? Gdybym grał w Barcelonie też jeździłbym na plażę. Skoro jest tu piękna pogoda, trzeba z niej korzystać. Nie oznacza to jednak, że nie pracuję. Wręcz przeciwnie – trenujemy bardzo mocno. W ostatnich tygodniach zabrakło mi trochę szacunku dziennikarzy, którzy pisali o mnie głupoty, albo przedstawiali tylko półprawdy.

 

Dlatego na zgrupowaniu reprezentacji nie chciał Pan rozmawiać o arabskiej przygodzie?

 

Pomidor.

 

Jacek Bąk, który występował w Katarze, przestrzegał, że może mieć Pan kłopot z utrzymaniem formy.

 

W Al-Ittihad mam sztab reprezentacji Rumunii, który odszedł z kadry, gdy ta była bardzo wysoko w rankingu UEFA. Ten sztab liczy z dziesięć osób! Myślicie, że oni też są na wakacjach albo na emeryturze? Trenujemy dwa razy dziennie. Jest też duża dyscyplina, jak w wojsku. Na dwa dni przed meczem jedziemy do hotelu i tam jesteśmy zgrupowani. Muszę zapewnić, że w Arabii nie ma zabawy.

 

Trenuje Pan indywidualnie?

 

Oczywiście. Mało kto wie, że robię to od trzech lat. Dodatkowo pracowałem już w Rumunii. Przecież formę można stracić nawet w Bundeslidze. Ciężka praca nie jest więc dla mnie nowością. Powiem dosłownie: w ostatnich latach dałem sobie w du… Teraz mam wielką motywację, bo walczę nie tylko o pieniądze, ale i osiągnięcia sportowe. Pamiętaj, że jeśli Arabom nie spodoba się moje podejście, to mnie pożegnają. Nie jest tak, że przyjdę, pobiegam dwie godziny, strzelę bramkę i wracam na plażę.

 

Proszę opowiedzieć o reżimie treningowym.

 

Godzinę przed treningiem idę na salę treningową i robię moje ćwiczenia. Podobnie po zajęciach. Siłownia jest grana cały czas. Dodatkowo zostajemy z kolegami i robimy dośrodkowania, strzały itd. Szukała nie jest jedynym piłkarzem Al-Ittihad, który trenuje indywidualnie. Jest nas więcej. Poza tym nasz trener Victor Pițurcă przygotował nas do ligi świetnie. W tym roku praktycznie nie przegrywamy. Na mecze mojego klubu przychodzi po 60, a czasami nawet 80 tys. kibiców!

 

Kibice na stadionie nie oznaczają jednak, że poziom ligi jest wysoki. Liczbą ludzi na trybunach nie przekona Pan kibiców w Polsce, że liga saudyjska to poważne rozgrywki.

 

Czuję się tu piłkarzem, ale nie urlopowiczem. Kiedy oglądają cię dziesiątki tysięcy ludzi to odczuwa się presję. Oni komentują, oceniają. Dla nich chcesz być najlepszy co mecz. Z drugiej strony ja nigdy nie powiedziałem, że liga saudyjska to Bundesliga, Premier Leagie czy Serie A. To zdecydowanie silniejsze ligi. Natomiast w porównaniu z ligą rumuńską, liga Arabii Saudyjskiej wypada dziś lepiej.

 

Tak twierdzi również Pana były trener ze Steauy, Laurențiu Reghecampf.

 

Podobne zdanie ma Pițurca. On również przekonuje, że potencjał ligi saudyjskiej jest znacznie większy, niż rumuńskiej. W Rumunii o mistrzostwo walczyła tylko Steaua. W Arabii są to cztery zespoły i każdy z nich bez najmniejszych problemów dałby sobie radę nawet w Polsce. W Ekstraklasie mój Al-Ittihad czy Al-Nassr Adriana Mierzejewskiego walczyłyby o mistrzostwo kraju!

 

O ofertach i walce o mistrzostwo

 

W Rumunii był Pan gwiazdą na boisku i poza nim. W Arabii jest podobnie?

 

Ode mnie nie usłyszysz, że jestem gwiazdą. Czuję jednak, że bardzo mnie szanują. Jak zrobię dobrą akcję to cały stadion krzyczy „Sukala!”. W knajpie albo na lotnisku odczuwam wielką sympatię. Już nawet nie pamiętam ile razy ktoś zapłacił za mój posiłek. To bardzo miłe. Jak tak będą stawiać, to szybko przytyję (śmiech).

 

Proszę się teraz przyznać: miał Pan inne poważne oferty?

 

Miałem dwie. Jedną z Arabii, drugą ze Steauy Bukareszt. Nic poza tym. Słyszałem o zainteresowaniu Borussii Mönchengladbach, słyszałem o innych klubach, ale brakowało konkretów. W ich rankingu byłem jednym z kilku obrońców, których chcieli. Miałem czekać, a czekać nie mogłem. Najbardziej śmieszy mnie, kiedy ludzie kpią, że poszedłem do Arabii, a nie do Bundesligi. To dajcie mi ofertę!

 

Nie ma się co dziwić. Wyjechał Pan będąc w sile piłkarskiego wieku.

 

Ale za cztery lata nikt by mnie tu nie chciał. Arabowie wzięli mnie jako najlepszego obrońcę w Rumunii, najlepszego obcokrajowca. Gdybym za dwa, trzy lata był w słabej formie, nikt by się mną nie zainteresował. Oni chcą tylko dobrych piłkarzy.

 

O co w tej chwili walczy Al-Ittihad?

 

Zajmujemy dziś czwarte miejsce w tabeli, mamy tyle samo punktów co Al-Hilal. Chcemy być na podium. Do końca jeszcze jedna kolejka, więc wszystko wyjaśni się na finiszu. Musimy wskoczyć na trzecie miejsce, bo daje ono awans do Azjatyckiej Ligi Mistrzów!

 

To większa motywacja, niż pieniądze?

 

W Arabii podpisałem duży kontrakt, zarabiam godne pieniądze, ale tylko one szczęścia nie dają. Chciałbym też osiągnąć dobry wynik sportowy. Oczywiście, to też przełoży się na kasę, bo za tytuł będzie solidna premia. Na koniec chciałbym jednak powiedzieć, że w Arabii osiągnąłem sukces. Chcę wygrywać – dla siebie, dla klubu i dla ludzi, którzy zwariują z radości, jeśli za rok zdobędziemy mistrzostwo. Wiesz jaki mam cel? Chcę być najlepszym obrońcą w lidze saudyjskiej! Klub też ma potencjał, aby osiągnąć wielkie cele. Jest bardzo kochany w Arabii, a nawet w całej Azji.

 

Zamknięte osiedle i brak piwa

 

Co w Arabii Saudyjskiej zaskoczyło Pana najbardziej? Jak bardzo różni się ten kraj od tych, w których Pan mieszkał: od Niemiec, Francji czy Rumunii?

 

Najbardziej zaskakuje pogoda. Trzeba się do niej przyzwyczaić, bo jest tu strasznie ciepło. Ważną kwestią jest religia, ale ja nie mam z nią wielkiej styczności. Wiadomo, że na początku dziwiłem się i rozglądałem widząc dookoła burki i czadory, ale po trzech miesiąc przestaje to rzucać się w oczy. O ludziach mogę powiedzieć, że mają do bliźnich wieli szacunek. Zawsze chcą pomóc. Dodatkowo wciąż się śmieją, śpiewają. Mam wrażenie, że to kultura, która lubi życie.

 

Wspomniał Pan religii. To delikatny temat?

 

Bardzo delikatny. Nie chcę o nim rozmawiać. Mogę tylko powiedzieć, że podejście ludzi do Islamu jest bardzo poważne. Nasi piłkarze modlą się przed meczami, przestrzegają reguł swojej religii. Należy to uszanować. Jednocześnie są to bardzo dobrzy ludzie, którzy pomagają za każdym razem, kiedy czegoś potrzebuję. Do tej chwili Islam nie wpłynął na moje życie w żaden negatywnym sposób.

 

Ale piwka po wygranym meczu się Pan nie napije…

 

No dobrze, ale w tej chwili tego nie potrzebuję. Oni także, więc daję sobie z tym radę.

 

Jak wygląda codzienność w Arabii?

 

Mieszkam na zamkniętym osiedlu, gdzie praktycznie nie ma Saudyjczyków. Nie jest to jednak klatka. Jak chcesz mnie odwiedzić, to wpuszczę cię garażem. Jedyna różnica, między tym co poza, a w kompleksie, to fakt, że w środku kobiety chodzą ubrane jak chcą, możemy się wszyscy kąpać w basenie. Moja dziewczyna co prawda wciąż mieszka w Rumunii, moi przyjaciele także zostali w innych krajach, ale poza tym moje życie zmieniło się niewiele. Kolegów zresztą mam już nowych. Chodzimy na kolacje, na kawę, na zakupy. To normalne, że tęsknię, ale tęskniłbym także mieszkając w Anglii.

 

Samotność to duży problem? Adrian Mierzejewski mieszka z żoną, siostrą, dziećmi, a Pan sam.

 

Przyzwyczaiłem się do tego. Kiedy miałem 15 lat przeprowadziłem się do Francji, do Metz, i musiałem dawać sobie radę. W życiu przeprowadzałem się już kilka razy: z Polski do Niemiec, z Niemiec do Francji, z Francji znów do Niemiec i tak dalej. Wiadomo, że nie jest to fajne, ale ja zawsze powtarzam, że w Arabii gram dla rodziny i dziewczyny. Pracuję tu na naszą bezpieczną przyszłość. Dlatego ludziom z Al-Ittihad jestem wdzięczny. Drugi raz taka szansa już by mi się nie trafiła.

 

I nie przeszkadzają Panu nawet ranne modlitwy płynące z głośników z wież meczetów?

 

Oczywiście, słyszę je, bo wyznawcy Islamu modlą się pięć razy dziennie. Czasami zdarza się, że modlitwa trwa w trakcie treningu i wtedy musimy się zatrzymać. Trening na pięć minut jest zatrzymany. W tej chwili nie masz prawa uprawiać sportu. Dopiero po zajęciach zawodnicy idą do swojego pokoju i tam się modlą. Można się do tego przyzwyczaić.

 

Dwanaście radiowozów i szejk

 

To prawda, że ludzie na ulicach szaleją, kiedy widzą Pana?

 

Nie są agresywni, ale podchodzą, dotykają, chcą porozmawiać. Walczą też o zdjęcia. To dla nich wielka rzecz, mieć fotkę z piłkarzem. Na lotnisku czy pod hotelem potrafią się tratować. Przed jednym z meczów wyjazdowych nasz autokar miał obstawę dwunastu radiowozów! Innym razem, aby przejść ze stadionu do autobusu, a to było 200 metrów, potrzebowałem pół godziny. Ogólnie kibice nie są problemem, czasami tylko jest ciężko, kiedy rzuci się na ciebie dwudziestu. Trzeba ich jednak szanować. Oni tak bardzo kochają ten klub, że na wyjazdach jest ich czasami więcej, niż miejscowych!

 

Ale po co aż dwanaście radiowozów?

 

Bo kibice czekają na nas na lotnisku, wsiadają w swoje auta i jadą za nami aż do hotelu. Czasami zatrzymują się na drodze, wysiadają i robią sobie… selfie z autokarem. Dzięki policji nasza trasa nie trwa cztery godziny, tylko pół.

 

Myśląc o królestwach czy emiratach arabskich często wyobrażamy sobie olbrzymie bogactwa…

 

Ja złotych klamek jeszcze nie widziałem (śmiech). Jeżeli chodzi o samochody to faktycznie, nigdzie nie doświadczyłem tylu Rolls-Royców, Bentleyówm, Lamborghini. Najlepsze auta świata! Wszędzie pełno Rolexów, Gucci, Luis Vitton. Hotele też są niesamowite. Najlepsze jest za to jedzenie! Jakość produktów jest znakomita. Ktoś mi powiedział, że branża gastronomiczna to jeden z najmodniejszych sektorów do inwestycji. A więc ryż, naturalne soki, świetne ryby – wszystko najwyższej klasy.

 

Macie swojego szejka?

 

Tak, mamy szejka, ale i innych sponsorów. Koledzy opowiadali mi, że czasami zdarzają się prezenty od klubu, na przykład samochody. Sam tego jeszcze nie doświadczyłem. Jeden bardzo znany piłkarz strzelał dużo bramek i wyjechał z Arabii z kilkoma autami! Ja wolałbym wyjechać z kilkoma pucharami.