Rockets zostali dziewiątą drużyną w historii NBA, która wygrała serię po tak słabym początku. Zespół z Houston dokonał tej sztuki również w 1995 roku, kiedy w półfinale konferencji w dramatycznych okolicznościach wyeliminował Phoenix Suns. Tego samego roku "Rakiety", m.in. z Hakeemem Olajuwonem i Clyde'em Drexlerem w składzie, sięgnęły po mistrzostwo.

 

Podopieczni Kevina McHale'a niemal niemożliwego dokonali w czwartek, w szóstym meczu, który wygrali, choć w trzeciej kwarcie ich strata wynosiła 19 punktów. W niedzielę obyło się bez dramaturgii. Rockets nawet przez moment nie przegrywali, a na początku ostatniej odsłony prowadzili 88:68.

 

Najskuteczniejszy w zwycięskiej ekipie był James Harden, który zdobył 31 punktów. Trevor Ariza dołożył 22, trafiając m.in. sześć rzutów zza łuku. Dwight Howard natomiast zanotował 16 pkt i 15 zbiórek.

 

"Kiedy jesteś w takiej sytuacji jak my w szóstym meczu, łatwo jest się poddać i powiedzieć sobie +Może w przyszłym roku się uda+. My jednak z powodu kontuzji zmagaliśmy się z przeciwnościami przez cały sezon i to nauczyło nas walki do końca" - powiedział Harden.

 

W ekipie Clippers tradycyjnie najlepsi byli Blake Griffin oraz Chris Paul. Pierwszy uzyskał 27 pkt i 11 zbiórek, a drugi 26 pkt i 10 asyst.

 

"To wielkie rozczarowanie. Byliśmy blisko awansu, ale blisko się nie liczy. Nie możemy mieć pretensji do nikogo, poza samymi sobą" - przyznał Griffin.

 

"Kocham moją drużynę, kocham to, że tak bardzo chcieli wygrać. Musimy pewne rzeczy usprawnić, a to wymaga wzajemnego zaufania" - dodał Doc Rivers, szkoleniowiec ekipy z "Miasta Aniołów". Clippers nigdy nie grali w finale konferencji.

 

W finale Konferencji Zachodniej Rockets zmierzą się z najlepszą drużyną sezonu zasadniczego - Golden State Warriors. Pierwszy mecz we wtorek w Oakland. Na wschodzie natomiast od środy będzie się toczyła rywalizacja w parze Atlanta Hawks - Cleveland Cavaliers. W obydwu przypadkach są to drużyny, które do fazy play off przystępowały z numerami jeden i dwa.