Szczerze? Gdybym był na miejscu szefa koncernu, który rozważa podpisanie marketingowej umowy z najlepszym wciąż polskim tenisistą, wycofałbym się z tego pomysłu natychmiast. Wiązanie się ze sportowcem, który kolejny raz daje wyraz swojej niedojrzałości, niezrównoważenia, a nawet obciachowości – biorąc pod uwagę standardy Wimbledonu – jest miną jakich mało. Mówiąc wprost, nie chciałbym mieć do czynienia z kimś, kto nie ma elementarnych w sporcie: zdolności przyjęcia porażki z godnością, choćby neutralnych stosunków z dziennikarzami, a przez to i z kibicami, umiejętności opanowania. Wymieniać by długo, można domniemywać z dużym prawdopodobieństwem, że Janowicz prędzej odbuduje się sportowo i wejdzie na szczyt niż poradzi sobie ze swoimi, jak najgorszymi w świecie daleko posuniętej tenisowej dyplomacji cechami charakteru.

Poza tym, że Janowicz odpadł bezprecedensowo już w pierwszej rundzie, dał popis na konferencji, odpowiadając zdawkowo oraz żądając wyjścia z sali jednego z dziennikarzy. W tenisowym kanonie zachowań – nie znam tego sportu od podszewki, opieram się na opiniach ekspertów i dziennikarzy – popełnił seppuku, dopuścił się złamania etykiety pielęgnowanej w tenisie przez dziesięciolecia. Janowicza nie sposób rozgrzeszyć, bo w jego przypadku to recydywa. Wynikająca z postępującej, mimo upływu lat i zdobywanego doświadczenia, niezdolności panowania nad emocjami.

Pierwszą  „akcję” ze sławnymi już szopami, w których muszą trenować polscy sportowcy, pouczaniem dziennikarzy, strofowaniem kibiców można było jeszcze odkręcić, ba – nawet wykorzystać reklamowo (przepraszający rap). Tym razem manewr się nie powiedzie, Janowicz ze swoją zgrabnością słonia w składzie porcelany to kliniczny przypadek braku kontroli nad sobą, braku odpowiedzialności i złej oceny sytuacji.

Janowicz ma w tym wszystkim sporo szczęścia, że jest Polakiem i zderza się z polskimi najczęściej dziennikarzami, którzy raczej szukają usprawiedliwienia dla jego fatalnych manier niż odpowiadają należną mu w tej sytuacji krytyką, a nawet ostracyzmem, z którymi nie wahałby się wyjść np. brytyjskie media.

Szkoda, bo postępująca autodestrukcja dotyczy Janowicza tak poza kortem, jak i na nim. Niewykluczone, że za jakiś czas nie będziemy mieli problemu Janowicza, bo zwyczajnie nie będzie powodu mówić o nim w kategoriach sportowych. Chciałbym się mylić, ale wszystko zmierza w jednym, złym niestety dla sportowca kierunku. Zżerają go emocje, które nie tylko dostarczają mu wrogów lub przynajmniej nieprzychylnych spojrzeń i komentarzy, ale pozbawiają go również sportowej klasy.


Dziś, kilkanaście godzin po kolejnym występku, tenisowi dziennikarze zastanawiają się, czy terapią dla Janowicza nie byłby zagraniczny wyjazd. Ponoć do tego samego nakłania go matka, była sportsmenka, która zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. I pewnie jest to najlepsze wyjście, bo kolejne próby poszukiwania przyczyn zjazdu sportowego tenisisty kryzys wizerunkowy będą tylko pogłębiać, a jego samego wpędzać w jeszcze większą nerwowość. Od tego do kolejnej awantury już tylko krok...