Nie jest mi dobrze z tym, że organizatorem pierwszych igrzysk europejskich był kraj, w którym obrońcy praw człowieka naliczyli około 80 więźniów politycznych. Jak pewnie wielu z widzów czułem niesmak prężących się na trybunie podczas ceremonii otwarcia szefów państw, którzy mniej lub bardziej regularnie dokonują zamachu na podstawowe wartości, jak prawo do sprzeciwu, demonstrowania niezadowolenia, patrzenia władzy na ręce. Alijew, Łukaszenka, Erdogan, a między nimi Putin, który dokonał otwartej inwazji na niepodległą Ukrainę. W tle pełna przepychu ceremonia otwarcia, dziesiątki tysięcy widzów, ale i sześć tysięcy sportowców, dla których igrzyska, jak każda inna wielka impreza, jest zwieńczeniem lat katorżniczych przygotowań, zgrupowań, konsekwencją wylanego potu, odniesionych kontuzji, wyrzeczenia się prywatnego życia, itd.


W długiej dyskusji o istocie przyznawania tak ważnych imprez krajom, które w opinii środowisk reprezentujących prawa człowieka na to nie zasługują, nie ma ani słowa o sportowcach właśnie. O tym, że zawody te są sensem podejmowanego przez nich wyzwania, pracy, życia w ogóle. Słyszę za to zewsząd o bojkocie, stanowczą reakcję, a przynajmniej potępieniu reżimów, w których odbywa się impreza.


Ceniąc sobie wysiłek organizacji pozarządowych, które stają w obronie więźniów politycznych, np. Helsińska Fundacja Praw Człowieka, mam wątpliwości, czy namawianie sportowców do wystąpień politycznych jest dobrym pomysłem. Czy wplątywanie ich w tryby geopolitycznej machiny ma sens. Mam wątpliwości z oczywistych powodów: przyznanemu sportowi już w starożytności prawa do zachowania politycznej neutralności, a w przyziemnym rozumieniu sportu, w trosce o koncentrację jedynie na wysiłku, przygotowaniu do startu i wreszcie samych zawodach.


Rozmawiałem z przedstawicielami organizacji, które stają w obronie praw człowieka. Ich interes – nie ma sporu, że ze wszech miar słuszny – kłóci się jednak z kartą olimpijską, która nie tyle nakazuje polityczną wstrzemięźliwość, co wręcz zakazuje jakiejkolwiek agitacji.


Nie są dla mnie wzorem wyłączone spod jurysdykcji sportowe organizacje jak FIFA, UEFA, czy MKOl. Dostrzegam w nich patologie, koterie, zjawiska posuwające te organizacje w łamaniu podstawowych aktów prawnych do roli korupcyjnych kast (ostatni przypadek FIFA). Ale nie chcę - jako kibic i dziennikarz - by areny sportowe stały się miejscem masowych demonstracji. Przeciwko komukolwiek i czemukolwiek. Nawet pamiętając, że trybuny stadionów były niegdyś dla Polaków miejscem na oddech, szansą przeciwstawienia się reżimowi (Władysław Kozakiewicz i jego gest w Moskwie, flaga Solidarności na mundialu w Hiszpanii, czy Lech Wałęsa na meczu Lechia – Juventus w 1983 r.).


Jestem za tym, by bić na alarm, krzyczeć, protestować, kiedy dochodzi do wyborów gospodarzy tych imprez. Zdaję sobie sprawę, że najczęściej będzie to bicie głową w mur, ale symbolicznie, w proteście przeciwko reżimom i dyktaturom, taki głos sprzeciwu będzie niezwykle istotny. Ale tak samo niewielką szansę powodzenia ma próba nawoływania do buntu czy bojkotu samych sportowców już podczas trwania imprezy. Zostawmy ich więc w spokoju.


Jak pewnie w wielu krajach wcześniej (np. podczas igrzysk w Pekinie), i w Azerbejdżanie widzieliśmy kontrasty. Poza arenami udało się wychwycić w transmisji choćby z zawodów triathlonowych urządzone w bizantyjskim stylu dzielnice, za płotami których wyrastały enklawy nieporządku, podejrzewam, że także biedy, o czym pisał brytyjski „Times”. Podobnie będzie z kolejnymi imprezami, kiedy wewnętrzną niezgodę wzbudzi liczba ofiar przy budowie aren na mundial w Katarze, czy mocarstwowe, łamiące międzynarodowe prawa zapędy Rosji w chwili, kiedy w kraju tym odbędą się najbliższe mistrzostwa świata w piłce nożnej.


Chcę wierzyć - zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie bardzo naiwnie – że kraje, co do których mamy tak wielkie zastrzeżenia, poprzez przyznane im imprezy otworzą się na prawdziwie ludzkie wartości, a nie będą służyć jedynie do uwiarygodniania swoich reżimów i dyktatur. Że tak jak w polityce dyplomatycznej na kraje te trzeba się otwierać (zaproszenie Azerbejdżanu do Partnerstwa Wschodniego), a nie je separować. Chcę wreszcie, by sport – choć już w sporej części nie jest – pozostał jedną z nielicznych w miarę czystych dziedzin naszego życia.