"Trzeba przyznać, że spotykamy się z dużym zainteresowaniem. Z tego, co wiem, to pisał o nas nawet New York Times" – powiedział PAP 22-letni Danny z Melbourne.

 

Jest on jednym z kilkudziesięciu członków "The Fanatics", którzy codziennie pomagają z trybun występującym w Wimbledonie Australijczyków. Wspomniana grupa została oficjalnie założona w 1997 roku. Obecnie liczy ponad 50 tysięcy członków. Na jej stronie można przeczytać, że celem jest dopingowanie rodaków podczas dużych wydarzeń sportowych w ojczyźnie oraz poza jej granicami. Współpracuje ona przy tym z krajowymi federacjami: tenisa, piłki nożnej, rugby i krykieta. Jej przedstawiciele zaczęli pojawiać się także na imprezach kulturalnych.

 

By dołączyć do tej społeczności, trzeba wypełnić formularz, w którym wymienia się m.in. swoje ulubione kluby w poszczególnych dyscyplinach, zainteresowania czy najważniejsze wspomnienia. Danny, który został "Fanatykiem" trzy lata temu, uspokoił, że nie ma przy tym żadnych surowych kryteriów.

 

"Tak naprawdę, by do nas dołączyć, trzeba tylko być Australijczykiem i bardzo głośno dopingować" – zapewnił.

 

Wszyscy członkowie grupy mają identyczne żółte koszulki, nieraz dodatkowo noszą zabawne peruki i wyróżniają się na tle reszty publiczności żywiołowym zachowaniem. Nie każdemu zawsze takie głośne wsparcie odpowiada. Podczas meczu 1. rundy w Londynie Nick Kyrgios, będący w trakcie emocjonującej dyskusji z sędzią, zwrócił się do intonujących przyśpiewki rodaków, by przerwali zabawę.

 

"Czasem jesteśmy pozytywnie odbierani, a czasem - nie. Większość jednak cieszy się i dobrze bawi dzięki nam. Tak samo jest z innymi osobami na trybunach. Chodzi nam przecież o to, by stworzyć przyjazną atmosferę" – przekonywał młody mieszkaniec Melbourne.

 

Jak dodał, jeśli chodzi o turnieje tenisowe, to od wielu lat "The Fanatics" biorą udział w Australian Open, Wimbledonie i meczach Pucharu Davisa. Ta ostatnia impreza sprzyja zaś spotkaniom fanów z zawodnikami.

 

"Zdarzyło nam się przy tej okazji wypić drinka z zawodnikami po meczu. Nie oczekujemy jednak tego. Zależy nam przede wszystkim na tym, by ich dopingować i zobaczyć dobre spotkanie. Na mnie największe wrażenie robi Lleyton Hewitt, jestem jego wielkim fanem. Bardzo mi przykro, że kończy już karierę, ale dlatego też ten Wimbledon jest tak pełen emocji. Osobiście zaś dość dobrze znam się z Thanasim Kokkinakisem" – wyliczał.

 

Podczas tegorocznej edycji wielkoszlemowej imprezy w Londynie w drabince znalazło się wielu Australijczyków. Obejrzenie wszystkich spotkań stanowi dla wspomnianej grupy kibiców spore wyzwanie.

 

"Biegamy nieraz z kortu na kort. Czasem musimy wybierać między jednym pojedynkiem a drugim lub dzielimy się, bo mecze z naszymi zawodnikami są jednocześnie. Najfajniejsze, że inni ludzie dołączają do nas i nam pomagają" – zaznaczył Danny.

 

Jak podkreślił, podróże z Australii na zagraniczne turnieje nie należą do tanich, ale najważniejsza jego zdaniem jest determinacja.

 

"Szukamy zniżek, tanich noclegów, pomagają znajomi, którzy nas goszczą. Jeśli ci naprawdę zależy, to dotrzesz tam, gdzie chcesz. Tu codziennie stoimy godzinami w kolejce po bilety. Jesteśmy jak rodzina, to niesamowite doświadczenie" – zapewnił.