Gary Havelock zaciera rączki, bo Piraci z Poole, obrońcy mistrzowskiego tytułu gubią punkty. Havvy pragnie wygodnie usadowić się na fotelu lidera i chce uprzykrzyć życie Piratom. Poole Pirates mają rewelacyjnego Macieja Janowskiego, ale brakuje jednego ogniwa, aby święcić triumfy na wyjazdach. Nikłe porażki na Kirky Lane w Manchesterze (44-49), na Adrian Flux Arena w King’s Lynn (46-47) oraz na Monmore Green w Wolverhampton (jak na złość Middleditchowi w identycznym stosunku 46-47) okazały się wodą na młyn dla Havelocka. Owszem, u siebie Piraci nie okazują grama miłosierdzia przeciwnikom i gromią przyjezdnych (60-30 z Lakeside i 60-33 z Wolverhampton), ale kluczem do sukcesu są wygrane na obcych torach. Coventry Bees mają przewagę 3 punktów (47) nad Poole Pirates (44) przy równej liczbie rozegranych spotkań. Walka o pierwsze miejsce zapowiada się fascynująco.

 

Gary, menedżer Pszczółek, liczy na 4 punkty w podlondyńskiej fortecy, która ostatnio została wzmocniona, ale wciąż ma luki w murze… Założenie Havelocka jest jak najbardziej słuszne, wszak on i jego ekipa mają ogromne aspiracje. The Hammers spisali ten sezon na straty, bo kontuzje wybiły ich z rytmu, ale pamięć o pechowej porażce poniesionej 1 maja wyzwala w nich wyjątkowe źródło ambicji. Kibic usiądzie sobie wygodnie na łuku, wysupła 5 funtów i będzie wspierał Jonssona i spółkę w walce o prestiż. Havvy ma nad czym myśleć, bo jeśli zamierza zgarnąć pełną pulę punktów, musi zmotywować chłopaków, aby wygrali ciut wyżej aniżeli w pierwszy piątek maja…

Dom, w którym mieszka horror

1 maja 2015 roku Młoty nie mogły skorzystać z usług kontuzjowanego Andreasa Jonssona. Neil Vatcher, menedżer Młotów, nie chciał wygramolić się poza szwedzki grunt i na miejsce Jonssona zaprosił zawodnika – gościa, walecznego żużlowca z Orebro: Freddie Lindgrena. O niebiosa! – zakrzyknęli wierni kibice The Hammers. Przecież tydzień wcześniej, tenże Freddie ograbił nas z punktów, bo zdobył 12 z bonusami w przegranym przez Młoty pojedynku z Wilkami z Wolverhampton. Neil wierzył w moc i umiejętności Szweda, choć fani obawiali się najgorszego. Zaczęło się jak w pięknej baśni. Lindgren przyjechał za plecami Nilssona i Młoty zanotowały podwójne zwycięstwo nad Pszczołami. Robbo i Kaczuszka Hans Andersen nawet nie powąchali szwedzkiego duetu. W siódmym wyścigu Freddie przyjechał jednak ostatni na metę. Honor uratował Eddie Kennett, który przywiózł 2 oczka. Po 10 biegach gospodarze remisowali 30-30 z drużyną Havvy’ego. Wówczas przypomniał o sobie Lindgren. W jedenastym wyścigu Freddie przytulił 2 punkty + bonus i w parze z Kimem Nilssonem zapewnili Młotom wygraną 5-1 nad zestawem: Kylmaekorpi – Harris. W trzynastym biegu Freddie znów przełknął gorycz porażki. Nie wzbogacił dorobku punktowego, ale sprawę uratował Eddie Kennett, który sięgnął po zwycięstwo. 41-37 dla gospodarzy i dwa wyścigi do końca. „Nie wierzyłem, że mieszkamy w domu, w którym horror ma stałe miejsce na kanapie, ale po tym co wydarzyło się w 14 i 15 wyścigu, nie mam złudzeń. Jesteśmy opętani przez złe moce” – wyjawił Neil Vatcher.


W czternastym wyścigu Danny King i Joonas Kylmaekorpi prowadzili 4-2, ale na wirażu przytulonym do parku maszyn, wywrócił się Mikkel Bech. Duńczyk zahaczył o bandę, upadł na tor, a pani sędzia Christina Turnbull wykluczyła Mikkela z powtórki. Richard Lawson wytrzymał próbę nerwów, zbudował zacną przewagę nad Kingiem i Kylmaekorpim, ale na trzecim okrążeniu silnik w jego motocyklu zastrajkował, więc goście wygrali wyścig 5-0. „Zatarł się mój najlepszy silnik. W takim momencie… Cóż za pech!” – wyznał Lawson, a Pszczoły objęły prowadzenie 42-41. Po raz pierwszy ekipa Gary’ego wyszła na prowadzenie w tym meczu, a do rozegrania pozostał jedynie ostatni wyścig! Młoty wygrały losowanie, więc można było swobodnie wybrać dobre pola startowe. Naturalnym kandydatem do jazdy w piętnastym wyścigu był Eddie Kennett, bo w 4 startach uzbierał aż 11 punktów. Jednak kiedy Vatcher postawił na gościa Lindgrena i dał mu szansę występu u boku Eddiego, na trybunach zawrzało. Gwizdy i skowyt towarzyszyły zawodników podjeżdżającym do taśmy. Kibice spodziewali się, że obok Kennetta, w decydującym o wszystkim wyścigu pojedzie Kim Nilsson (11 punktów w 4 startach). „Większość fanów tak sądziła, ale gdy przyjrzeć się spotkaniu sprzed tygodnia z Wolverhampton, dochodzi się do wniosku, że wcale Neil nie musiał tak postąpić. Z Wilkami wystąpiłem w ostatnim biegu i przegraliśmy, więc podejrzewam, że menedżer chciał zagrać inaczej. Nie czułbym się dobrze, gdybym znów pojechał w wyścigu o wszystko i znów doznalibyśmy porażki. Freddie otrzymał szansę, a wiem, że Lindgren zawsze daje z siebie 100%, tym bardziej kiedy ściga się jako gość. Nie wypaliło, ale rozumiem decyzję Neila i uszanowałem jego wybór” – stwierdził Kim Nilsson.


King i Harris odjechali Lindgrenowi i Kennettowi na drugim wirażu i pomknęli po zwycięstwo 5-1. 47-42 dla Coventry i dramat w obozie The Hammers… Przed tym meczem system średnich sprawił, że Vatcher przesunął Lawsona pod numer 4. „Musiałem przywyknąć do jazdy pod numerem 4. Początek sezonu przejeździłem pod 5. To zaburza rytm, bo w krótkim odstępie czasu miałem 3 wyścigi, a potem czekałem aż do wyścigu 14, aby założyć kask. To trudna sztuka, aby utrzymać źdźbło koncentracji. Małym pocieszeniem jest fakt, że wszyscy jesteśmy zdrowi i możemy się ścigać w następnych meczach” – powiedział Richard Lawson, zdobywca 8 punktów w meczu z Coventry.


Trzy dni później Młoty podjęły się karkołomnego zadania: wywiezienia choćby punktu z gorącego terenu na Brandon Stadium. W rzeczywistości Kim Nilsson toczył samodzielną bitwę z Pszczołami. 3, 3, 6 (jako joker) i 1 z bonusem: wspaniała postawa Szweda nie pomogła The Hammers. Deszcz, który miał nadciągnąć pomiędzy 9 a 10 wyścigiem, zaczął kropić już o 19.00, a więc pół godziny przed rozpoczęciem spotkania. Po ósmym wyścigu zachodziła obawa, że mecz zostanie przerwany, ale sędzia Dave Robinson uznał, że warunki są sprzyjające i chłopcy dobrnęli do dziesiątego biegu. 39-24 dla Coventry Bees i smutek na twarzach zawodników Lakeside Hammers…

Uroczo zabłąkany Lewis

Bridger… Zna smak szampana, bo zdobył tytuł mistrza Elite League z Coventry Bees w 2010 roku. Ma nieprzeciętny talent, który po części jest dla niego utrapieniem, bo nie potrafi poradzić sobie z plątaniną zwariowanych myśli. Kiedy jest mu źle na duszy, wybiera samotność. Podąża na plażę, z wolna wchodzi z toń morską i czuje, że żyje. „Nie wiem komu to zawdzięczam, ale nie umiem funkcjonować bez wizyt nad morzem. Zanurzam nogi, wchodzę do wody po pas, oddaję mocz i wydaje mi się, że wymieniam myśli z całym swiatem. Dzielę się emocjami z całą ludzkością i marzę o tym, aby moja uryna dotarła do Hiszpanii, bo bardzo lubię Hiszpanię. Taki już jestem…” – mówi Lewis Bridger, finalista indywidualnych mistrzostw świata juniorów w latach 2007 – 2009.


4 listopada Lewis Alan Bridger ukończy 26 lat. Wędrował w swoim życiu nie tylko ścieżkami Amy Winehouse (mam niebanalny umysł – twierdzi Lewis), odwiedził żużlowe kluby w Weymouth, Eastbourne, Coventry, Peterborough, Lakeside i Leicester. „Od kilku lat nie mam odwagi stanąć przed lustrem i powiedzieć: tu cuchnie. Jeżdżę na żużlu, bo oczekuje tego ode mnie publika, bo wszyscy dookoła przypominają mi o ogromnym talencie i twierdzą, że muszę być żużlowcem. Utknąłem w koleinie, zawiesiłem się w niej i nijak nie mogę wydostać się z impasu. Czuję, że uderzam głową w ścianę pełną cegieł. I żadna nie chce się wysunąć… Stoję w miejscu, nie rozwijam się. Straciłem entuzjazm do speedwaya. W brzuchu nie fruwają motylki. Minionej zimy powiedziałem sobie: dosyć tego. Rok przerwy dobrze mi zrobi” – powiedział srebrny medalista drużynowych mistrzostw świata juniorów z 2007 roku.


Kiedy tylko sylwetka Bridgera przemknęła przez żużlowe ostępy, okrzyknięto go wielkim talentem. Gdy zaczął ścigać się takimi ścieżkami w Weymouth jakimi nikomu wcześniej nie śniło się podróżować, stwierdzono, że narodził się kolejny mistrz świata. O nikim tak gorączkowo nie dyskutowano w 2005 roku jak o gwieździe klubu Weymouth Wildcats. „Zacząłem odczuwać presję 18 miesięcy po chrzcie na motocyklu żużlowym. Wcześniej śmigałem na motocrossie i nawet nie wiedziałem co to takiego speedway. Przyznam szczerze, że nigdy nie uwolniłem się od tej presji. Latem, zamiast szaleć z kumplami albo spędzić wakacje z rodziną, ja ścigałem się na żużlu lub siedziałem w warsztacie. Pomyślałem sobie, że byłoby bosko, gdybym przez cały rok 2015 mógł żyć jak szary, normalny człowiek. Chciałem zerwać z wieczną gonitwą. Wolność od marca do października. Żadnych lotnisk, porannego wstawania, zero drzemki w busie i odżywiania się w przydrożnych barach. Jestem realistą i wiem, że nie oderwę swoich wnętrzności od speedwaya, bo kocham motocykle, ale przez rok nie chcę o tym słyszeć. Jestem jeszcze młody i mogę sporo zwojować jeżdżąc na żużlu” – wyznaje Lewis, mistrz Wielkiej Brytanii do lat 21 w 2009 roku.


Dziadek Lewisa, Alan, próbował przemówić mu do rozumu. Alan wie, że w żyłach Bridgera płynie metanol i długo nie usiedzi na miejscu. Australijczyk Cameron Woodward, przyjaciel Lewisa, podnosił go na duchu po kiepskich występach i odwodził od wizji skoku na główkę z wieżowca. „Kiedy notowałem beznadziejny występ, przyjeżdżałem do domu i nie chciało mi się żyć. A co dopiero zaglądać do lodówki… Siadałem na łóżku i wmawiałem sobie: koniec, sprzedaję sprzęt i kończę z żużlem. Cam i dziadek nie chcieli, żebym zmarnował talent. Dziękuję im za to. Rano wstawałem i czułem, że mogę pokonać najlepszych żużlowców świata. Wiem, że jeśli odsapnę od speedwaya, to wrócę głodny wrażeń, wypoczęty, gotowy do walki o awans do Grand Prix. To najtrudniejsza decyzja w moim życiu, ale zarazem najlepsza. Chciałem zapytać mojej duszy czy potrafię żyć bez żużla i być szczęśliwym człowiekiem czy jednak nie poradzę sobie bez metanolu… Nie wiem w jakim kierunku mam podążać, ale gdybym powtarzał ten sam schemat co roku, męczyłbym się gnając bez wytchnienia ze stadionu na stadion. A życie musi smakować… Kiedy powziąłem decyzję o jednorocznym rozbracie z żużlem, czułem jakbym zrzucił z barków ciężar Afryki” – Lewis spojrzał w stronę oceanu…


Bridger wie, że otrzymał zastrzyk optymizmu od Petera Johnsa, znanego brytyjskiego tunera i od rybnickiego klubu żużlowego. „Johnsie przyszykował mi kapitalne fury. Latałem na nich jak młody Bóg. Klub z Rybnika podsycał we mnie nadzieję na odrodzenie. Jednak w głębi duszy czułem, że brakuje mi czasu, aby zobaczyć córkę o imieniu Kyla i pobawić się z nią na plaży. Teraz jest czarodziejsko, bo widuję córeczkę od niedzieli do środy i mogę poświęcić jej hektar czasu, gdyż nie jeżdżę na żużlu. Poprzysiągłem sobie, że muszę uporządkować moje rozklekotane życie. Dopiero gdy poradzę sobie z bałaganem, wrócę na tor, aby bawić ludzi moją jazdą” – twierdzi Lewis.

Rozterek ciąg dalszy

Bridger ukończył kurs trenera osobistego. Przeszedł szkolenie w służbie ochroniarskiej. Nie stroni również od walk bokserskich. „Chciałbym wesprzeć kumpli z klubu bokserskiego. Brakuje mi ich towarzystwa. Nie zaglądałem na ring od pięciu czy sześciu miesięcy, a to duża zbrodnia (śmiech Lewisa jest głośniejszy od szumu fal na morzu Tasmana). Speedway sprawił, że oddałem się w 110% motocyklom, a zaniedbałem boks. Stoczyłem tylko jedną walkę. To żałosna statystyka. Boks wyssał ze mnie morze energii, ale był ekscytujący. Zrozumiałem, że muszę skoncentrować się na jednej dyscyplinie. Nie spałem dobrze, bo brakowało czasu na wypoczynek, a marzyłem o łączeniu żużla z boksem. Chcę spróbować boksu, bo potrzebuję znaleźć cokolwiek co sprawi, że będę bardziej zdyscyplinowany” – Lewis szuka lekarstwa na rozterki.


Kontuzje… One na szczęście omijały Lewisa Bridgera szerokim łukiem. Brytyjczyk stawia jednak szokującą diagnozę. „Myślę, że nie zaznałem głodu żużla, bo miałem mnóstwo farta. Nie odniosłem poważniejszej kontuzji, nie brałem udziału w makabrycznych karambolach. Zacząłem żyć w przekonaniu, że urazy mnie nie dotyczą i rozleniwiłem się. Jeśli posiedzę przez sezon na sofie, to zatęsknię za żużlem. Patrzę na Camerona Woodwarda, który miał skomplikowane złamane kości udowej. Nacierpiał się, nie zarobił grosza w poprzednim sezonie, a teraz wychodzi z siebie, bo chce jak najszybciej wrócić na tor, tyle, że zdrowie mu nie pozwala. Sprzedałem motocykle. Zostawiłem sobie na pamiątkę matę ekologiczną, skrzynkę z narzędziami, kask i parę szpargałów. Umówiłem się z Camem, że jeśli zechcę wrócić na tor, sprzeda mi po dobrej cenie dwa motocykle i zacznę czerpać radość z żużla. W Anglii nie potrzebuję rakietowych silników. Czasami chłopcy mieszkający na kontynencie przywożą zbyt mocne fury i jadą jak żółwie. Na Wyspach nie trzeba mieć szybkich osiołków. Wystarczy niezły silnik, ale podstawą jest talent. Przywiozłem swego czasu klamoty z Polski, na których w Rybniku z trudem zdobywałem punkt, a w Anglii hulałem jak mistrzunio” – mówi Lewis.


Na tradycyjnym przyjęciu kończącym sezon 2014 – Dinner & Dance – nikt z Lakeside Hammers nie rozmawiał z Lewisem o przedłużeniu kontraktu. Jon Cook, promotor Młotów, pracował w pocie czoła nad pozyskaniem Andreasa Jonssona, więc nie zaprzątał sobie głowy Lewisem. „Jon nie zadał sobie trudu i nie interesował się moim losem. Noszę w sercu Lakeside, ale rozumiem, że nikt z klubu nie chce tańczyć wokół mnie. Życie. Może Jon uznał, że nie jest w stanie odwieść mnie od pomysłu przerwy w życiorysie? Bardzo chciałbym kiedyś wrócić do składu Lakeside Hammers, ale dla mnie wzorem ojcowskiej troski jest klub z Poole. Piraci mają klasę. Kilka razy wystąpiłem w ekipie Poole Pirates jako gość. Spałem w domu Matta Forda. Niezapomniane chwile. Nikt tak o mnie nie dbał. Odrzuciłem ofertę Matta, bo nie chciałem sprawić mu zawodu. W formie w jakiej się znajdowałem, byłbym utrapieniem dla klubu. Zasmuciłbym kibiców moją kiepską jazdą, a nie chcę sprawiać nikomu przykrości” – wzrok Lewisa przybiera szarych barw.


W lutym 2015 roku Lewis zatęsknił za żużlem. Miał zastąpić Camerona Woodwarda w składzie Coventry Bees, bo lekarze opiekujący się Australijczykiem odradzali mu powrót na tor. Jednak chęć pomocy Pszczołom wygasła w okamgnieniu kiedy okazało się, że Mick Horton nie chce pomóc sprzętowo Bridgerowi. „Uważam, że Coventry Bees to bardzo nieprofesjonalny klub. Nie ma właściwej komunikacji pomiędzy szefostwem a zawodnikiem. W zasadzie komunikacja nie istnieje na tej linii. Prosiłem klub o skromną pożyczkę, żebym mógł zakupić sobie używane silniki, a oni odwrócili się do mnie plecami. Haniebne zachowanie” – rzekł Lewis.


Horton nie chciał wdawać się w wymianę ciosów na forum publicznym. Wyznał jedynie, że jest rozczarowany postawą Bridgera i zaczął rozglądać się za posiłkami. Nie udało się z Jakubem Jamrogiem, ale mariaż z Joonasem Kylmaekorpim jest jak najbardziej udany.


A Lewis trafił na wrażliwą szkocką duszę – Norrie Allana, menedżera Leicester Lions. 21 maja 2015 roku Norrie dał szansę Lewisowi. Bridger wystąpił w wyjazdowym meczu Lwów ze Swindon Robins (40-50), przywiózł 2 oczka i przyznał, że prezentuje żenujący poziom. „Nie może wyrządzać krzywdy klubowi z Leicester. Uporządkuję życie prywatne i wrócę silniejszy niż zwykle na tor. Chcę rozdawać ludziom szczęście…” – stwierdził Lewis, którego nie sposób nie lubić, choć promotorzy Lakeside i Coventry mogą być odmiennego zdania…