Jerzy Mielewski: Jak widziałeś swój pojedynek z Marco Huckiem?

 

Krzysztof Głowacki: W pierwszej rundzie wyszedłem nastawiony pozytywnie. Taki mieliśmy plan, chcieliśmy dobrze zacząć od samego początku. Miałem bić mocno, pokazać kto tu rządzi. Nie mogłem dać mu się rozkręcić. W czwartej, piątej rundzie był kryzys. Kryzysy przychodzą zawsze, ale ten pojawił się szybciej niż zazwyczaj. W szóstej rundzie Marco wyszedł cios, którego nie widziałem i padłem na deski… Nawet nie słyszałem, jak sędzia mnie odlicza!

 

Zareagowałeś jednak dobrze. Zaatakowałeś, zacząłeś wyprowadzać uderzenia.

 

Miałem w głowie myśl, że muszę zaatakować, bo jeśli stanę za gardą to Marco mnie rozbije. Mogłem też zaatakować i wtedy była szansa, że trafię. Tak w boksie czasami bywa, że leżysz na deskach a za chwilę wygrywasz.

 

Wszystko zakończyło się na finiszu. Czułeś, że jedenasta runda to moment, kiedy trzeba zaatakować? Bo remis dawał mistrzostwo Niemcowi.

 

Widziałem zmęczenie w jego oczach. Do jedenastej rundy przegrywałem dwoma czy trzema punktami. Czułem jednak z rundy na rundę, że Huck słabnie. Wiedziałem, że niedługo będzie mój. Chciałem ruszyć od pierwszej sekundy dwunastej rundy, ale udało się wcześniej. I całe szczęście!

 

W pewnej chwili Huckowi zabrakło argumentów…

 

Dokładnie tak. Modliłem się, żeby sędzia dopuścił go do walki… Nie lubię go… Nie chodzi o to, że jest Niemcem, ale czasami patrzę na kogoś i od razu go nie lubię. Tak było z Marco. Widać było, że on jest wrogo nastawiony, że to zły człowiek. Dlatego chciałem go skończyć w ringu!  

 

Całą rozmowę z Krzysztofem Głowackim zobacz w materiale wideo.