Adam Kszczot, biegacz RKS Łódź, wywalczył w Pekinie srebrny medal mistrzostw świata. Dystans 800 m przebiegł w czasie 1:46.08. Polaka wyprzedził tylko kenijski rekordzista świata David Rudisha, trzeci był Bośniak Amel Tuka.


Przemysław Iwańczyk: Jak oceniasz bieg Adama?


Paweł Czapiewski: Obstawiałem, że będzie co najmniej drugi. I rzeczywiści, był absolutnym numerem dwa, choć wiele zapłacił za perypetie, jakie spotkały go aż dwukrotnie.


Chcesz powiedzieć, że Polak mógł powalczyć o złoto z Rudishą?


Tak. Gdyby obrał taktykę Kenijczyka, wyszedł na czoło i prowadził stawkę, bądź też trzymał się „na zakładkę” rekordzisty świata, to kto wie. Bliziutko, spokojnym rytmem. Przecież Adam doskonale utrzymywał tempo. Bośniak Tuka nie był w stanie go dogonić w każdym wariancie, zresztą od początku podejrzewałem, że mu zabraknie, by wyprzedzić liderującą dwójkę. Gdyby Rudisha od początku „przyłożył”, nie byłoby szans na rywalizację z nim. Ale tego nie zrobił, więc można było próbować.


Tak wiele kosztowały Adama te przepychanki z drugim Kenijczykiem Fergusonem Cheruiyotem Rotichem?


W biegu na 800 m każde, nawet najmniejsze zachwianie rytmu biegu bardzo wiele kosztuje. Więc tym bardziej należy docenić wynik Adama.


Na dystansie, na którym Europejczycy nigdy nie mieli łatwo…


Akurat na 800 m stosunkowo najłatwiej, biali zawsze się liczyli. Dystanse sprinterskie zarezerwowane są dla Jamajczyków i Amerykanów, w biegach długich dominują Etiopczycy i Kenijczycy, więc jedynie tu można powalczyć. I Adam czy Tuka te szansę wykorzystują.


Oczywiście, był rosyjski mistrz olimpijski z Aten Jurij Borżakowski, ale przecież przez wiele lat dominował Wilson Kipkter. Tym razem zabrakło m.in. Etiopczyka Mohammeda Amana, mistrza świata sprzed dwóch lat, czy reprezentanta Botswany, wicemistrza olimpijskiego Nijela Amosa.


To fakt, warunki były dziś bardzo sprzyjające, bo z pięciu mocnych kandydatów do medali zrobiło się tylko trzech. Aman został zdyskwalifikowany, a Amos na własne życzenie pokpił półfinał. To wszystko jednak nie ma żadnego znaczenia. Adam był dziś najlepszy po Rudishy i kropka.


Gdyby bieg był szybszy, Adam miałby szansę wyrwać srebro?


Nie miałby żadnych problemów, by osiągnąć taki sam sukces. Nawet gdyby Rudisha podkręcił tempo, rozciągnął stawkę, Adam pobiegłby tak samo, o ile nie lepiej, bo nie miałby żadnych problemów i przepychanek.


Myślisz, że to wicemistrzostwo świata to punkt kulminacyjny w karierze Adama?


Punkt kulminacyjny ma przyjść za rok, na igrzyska w Rio. Pamiętajmy, że Adam wystartuje tam z zupełnie innej pozycji, z emblematem wicemistrza globu. W jego przypadku powinno to pomóc. Świadomość, że jest się biegaczem światowego formatu, pomaga. To nie jest wyskok polskiego biegacza, to potwierdzenie jego klasy po kolejnych zwycięstwach w mityngach Diamentowej Ligi. Nawet, jeśli Adam nie zrobi przez rok jakiegoś znaczącego skoku, wciąż będzie się poprawiał. Jestem tego pewien.


Jesteście obaj jedynymi polskimi medalistami mistrzostw świata na tym dystansie [Czapiewski wywalczył w 2003 r. brąz na MŚ w Edmonton – red.], łączy Was także trener Zbigniew Król.


To prawda, ale skoro o trenerze Królu mowa, jesteśmy z Adamem biegaczami z zupełnie innych bajek. Ja poddawałem się trenerowi w całości, Adam jest zawodnikiem mocno współpracującym. Wiem, że między nimi dochodzi nawet do tarć, ale jak widać przynosi to wspaniałe rezultaty. Trener Król prezentuje tę samą filozofię treningu na 800 m, to jest ta sama szkoła, jeśli chodzi o pracę, ale jesteśmy dwoma bardzo różnymi zawodnikami. Adam to tytan pracy. Można założyć mu chomąto i orać nim pole. Właśnie kunszt trenerski pana Króla polega na tym, że wydobywa z zawodników to, co najlepsze. Nawet, jeśli znacząco różnią się oni między sobą.


Czy Adama stać na to, by pobić Twój rekord Polski [1:43.22 – red.]?


Adama stać na to, by biegać 1:42.5. Musi jednak znaleźć odpowiednie do tego warunki, godnych konkurentów, dobrą bieżnię, wstrzelić się w start. On jest przygotowany na to, by odebrać mi rekord kraju, bo to naturalna konsekwencja tego, co się dzieje.


Biłeś rekord Polski w Zurychu, a tam odbędzie się jeden z finałów Diamentowej Ligi…

 

Ale 800 m będzie w drugim finale w Brukseli. Więc może Rieti, gdzie jest szybka bieżnia? Zostaną do końca sezony dwa-trzy starty, gdzieś można powalczyć o rekord. Może to nastąpić w każdej chwili.


Mówisz to zupełnie bez zazdrości, że ktoś zajmie Twoje miejsce jako najlepszego 800-metrowca w historii Polski…


Znam Adama od strony treningowej dość dobrze. Jest lepszy ode mnie pod każdym względem, to naturalne, by on był numerem jeden tego dystansu w Polsce. Śmieję się, że ja miałem co najwyżej karieropodobny etap w swoim życiu. Gdyby nie pięć lat kontuzji, z którymi się zmagałem, być może byłoby inaczej. Nie ma we mnie zazdrości, jest chęć, by Adam pokazywał co najlepsze.