Wyścigi IndyCar i w ogóle amerykańskie, owalne tory wyścigowe uważane są za bardzo bezpieczne. Niebezpieczeństwo czycha jednak w fakcie, że kierowcy tej serii wyścigowej jeżdżą z otwartymi kokpitami, podobnie jak w Formule 1. Okazało się to zabójcze dla Justina Wilsona, który podczas niedzielnego wyścigu w Verizon został uderzony w głowę urwanym elementem innego bolidu.

 

GP Belgii: Treningi dla Rosberga. Wybuch opony przy 300 km/h!


Brytyjski kierowca jechał na końcu stawki w momencie, gdy prowadzący w wyścigu 19-letni Sage Karam rozbił bolid na łuku. Młody Amerykanin uderzył w bandę, a z jego samochodu oderwało się kilka dużych elementów. Niestety jeden z nich poszybował akurat w kierunku Wilsona i uderzył jadącego z dużą prędkością Brytyjczyka w głowę.

Były kierowca F1 od razu stracił przytomność, której niestety nie udało mu już się odzyskać. Mimo, że lekarze walczyli o jego życie, Wilson zmarł w szpitalu w poniedziałek. Pozostawił żonę Julię, a także córeczki: 7-letnią Jane i 5-letnią Jessicę.

Tragiczne dla Wilsona zdarzenie jest pierwszym śmiertelnym wypadkiem w IndyCar od 2011 roku, gdy wskutek kraksy zmarł Dan Wheldon. Wypadek Wilsona z pewnością jeszcze raz wywoła dyskusję na temat otwartych kokpitów w wielu seriach wyścigowych. Przypomnijmy, że podobnemu wypadkowi jak Wilson, w 2009 roku uległ Felipe Massa podczas GP Węgier. Brazylijczyk miał jednak więcej szczęścia niż Brytyjczyk i wrócił nawet do ścigania w królowej sportów motorowych.