Pisałem przed tym spotkaniem, że tokijskie Yoyogi National Stadium to szczęśliwe miejsce dla polskiej siatkówki przypominając sukcesy drużyny Raula Lozano i Andrei Anastasiego. Pisałem też, że na papierze Amerykanie mają wprawdzie więcej atutów, ale i tak wszystko zweryfikuje boisko, a każda passa kiedyś się musi skończyć. Miałem na myśli korzystny bilans siatkarzy USA w pojedynkach z Polakami za czasów Stephane’a Antigi.

 

Bieniek: Zaskoczyliśmy Amerykanów ich własną bronią!

 

Amerykanie nie dorośli do wielkich zwycięstw?

Wierzyłem jednak, że decydująca będzie mentalność zawodników obu drużyn: Amerykanie w tym składzie tak naprawdę jeszcze niczego wielkiego nie wygrali. Owszem mają za sobą sukces w ubiegłorocznej Lidze Światowej, ale dwa miesiące później, choć jako jedyni pokonali Polaków, nie dostali się nawet do strefy medalowej podczas rozgrywanych w naszym kraju mistrzostw świata. Porażka z Serbami w półfinale tegorocznej LŚ też nie wystawia im najlepszego świadectwa. Być może ten zespół nie dorósł jeszcze do wielkich zwycięstw.

Pierwszy set, przegrany przez Polaków wysoko, 17:25, nie nastrajał jednak optymistycznie. Nic dziwnego, że Antiga później trochę narzekał, że trzeba coś z tym zrobić, to przecież kolejny raz na tym turnieju polscy siatkarze tak słabo wchodzą w mecz.
Ale jak mówi stare polskie przysłowie: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Widać te szybko wygrane pierwsze sety usypiają rywali na tyle skutecznie, że później wszystko wygląda inaczej. Druga partia spotkania z Amerykanami była przecież odwrotnością pierwszej, tym razem to oni nie mieli wiele do powiedzenia. Nikt chyba jednak nie przypuszczał, że będzie tak już do końca.

Asy serwisowe podcięły skrzydła Jankesom

W trzecim secie rywale prowadzili 8:4, by stracić przewagę (16:19) i znów być bliżej wygrania tej partii (22:21). Ostatnie słowo należało jednak do naszej drużyny. Pomógł nam trochę ich as atutowy Matthew Anderson serwując przy piłce meczowej w aut.
To on miał w tym spotkaniu pociągnąć za sobą Amerykanów, straszyć nas serwisem, ale tym razem nie był to jego dzień. Tylko 12 pkt Andersona i żadnego serwisowego asa wiele wyjaśnia. Jego koledzy też nie imponowali, zaczęli świetnie, ale kończyli z drżącymi rękami. W bloku byli wprawdzie minimalnie lepsi (10:8), ale zagrywka (3:9) była już domeną Polaków, którzy rozbili nią lidera turnieju o Puchar Świata. Cztery asy Kubiaka, tyleż samo Mateusza Bieńka (MVP tego spotkania) i jeden  Fabiana Drzyzgi wystarczyły, by podciąć skrzydła Jankesom.

Mecz był nerwowy, nierówny, oba zespoły popełniły mnóstwo błędów (Amerykanie 29, Polacy 31), ale o losach tego spotkania zadecydowała moim zdaniem mocniejsza psychika naszych siatkarzy. Faworyt nie wytrzymał ciśnienia, zjadła go presja i po kilku potężnych ciosach w czwartej partii już się nie podniósł. Ciekawe, czy się podniesie w meczu z Rosją, jak da sobie radę z Argentyną w ostatnim dniu turnieju.

Największe szanse na Puchar Świata mają mistrzowie świata

Polscy siatkarze też nie mają jeszcze zapewnionego awansu na igrzyska w Rio de Janeiro (dwie pierwsze drużyny), ale nie mają najmniejszych wątpliwości, że go wywalczą. Co więcej, są przekonani, że wygrają jeszcze z Japonią i Włochami co przyniesie im triumf w całym turnieju i pierwsze w historii zdobycie Pucharu Świata.

Realnych kandydatów do ostatecznego zwycięstwa mamy teraz trzech (Polska, USA, Włochy), choć można sobie wyobrazić sytuację, że do walki włączy się jeszcze Rosja, ale prawdopodobieństwo takiej łamigłówki jest znikome. Najpewniej losy Pucharu Świata i biletów do Rio rozstrzygną się dopiero w środę, w ostatnim dniu turnieju, który trwa od 8 września.  Najważniejsze, że największe szanse na sukces mają teraz polscy mistrzowie świata i niech tak już zostanie.