Z Włochami Polacy zagrają dziś w nocy i będzie to ich ostatni mecz w Japonii. Niepokonani w Hamamatsu i Toyamie chcą też bez porażki zakończyć swoje występy w Tokio, gdzie rozgrywana jest decydująca faza tej prestiżowej imprezy. Podoba mi się, że nie kalkulują, nie liczą punktów i punkcików, nie znają jakie mają ratio itp.

 

Cel mają jeden: wygrać wszystko co się da i zdobyć po raz pierwszy w historii polskiej siatkówki Puchar Świata i przy okazji wywalczyć prawo startu na przyszłorocznych igrzyskach w Rio de Janeiro. A przecież kolejność myślenia mogłaby być odwrotna: najpierw pomyślimy o olimpijskiej kwalifikacji, a później jak już ten problem rozwiążemy powalczymy o zwycięstwo w turnieju. I jestem przekonany, że takie właśnie myślenie miałoby by u wielu w naszym kraju priorytet. Tyle, że jest to myślenie zachowawcze i na ogół nic dobrego nie przynosi.

 

Polscy siatkarze powoli dojrzewali do takiego stawiania sprawy. I trzeba przyznać, że duży w tym udział mają tacy trenerzy jak Raul Lozano, Daniel Castellani czy teraz Stephane Antiga. Kiedyś mieliśmy Huberta Wagnera, który nie bał się głośno mówić o ambitnych celach, później niestety częściej obowiązywało myślenie zachowawcze.

 

Rano w środę wszystko będzie jasne. Jeśli wygramy z Włochami 3:0 lub 3:1 zdobędziemy Puchar Świata i kwalifikację na igrzyska, jeśli nawet przegramy 2:3 to wracamy bez Pucharu, ale z biletami do Rio. Odważne, bezkompromisowe myślenie do niczego złego nie prowadzi, warto więc marzyć i stawiać sobie poprzeczkę wysoko.

 

Oczywiście tylko wtedy, jeśli są argumenty, by tego dokonać. Polacy są mistrzami świata, niewiele brakowało, by zagrali w finale tegorocznej Ligi Światowej, więc inaczej stawiając sprawę: im zwyczajnie nie wypada myśleć inaczej. Mecz z Włochami zapewne będzie niezwykle zacięty, bo obie drużyny nie uwzględniają porażki. A stawka jest przecież bardzo wysoka. Coś mi się jednak wydaje, że Polaków w tym turnieju już się nie da zatrzymać: za późno. Przegrywają pierwszego seta, zwiększają tempo i wygrywają kolejne. Taki scenariusz jest w Tokio bardzo możliwy.

 

O innym, czarnym, nawet nie ma sensu myśleć. A jeśli ktoś ma taki pomysł, to dobrze gdyby zapytał Michała Kubiaka, kapitana naszej reprezentacji, co o tym sądzi. Sądzę, że odpowiedź nie byłaby miła.