Mistrzostwa jednak trwają dalej i choć już bez Polaków, to mogą nam jeszcze przynieść chwile radości. Jeśli Kubańczyk Arlen Lopez lub Rosjanin Piotr Chamukow wywalczą olimpijskie kwalifikacje (miejsce w pierwszej trójce) w wadze 75 kg, to jest szansa, że Tomasz Jabłoński zdobędzie awans na igrzyska z WSB (World Series of Boxing), gdzie był w ostatecznej klasyfikacji najlepszych pięściarzy tej właśnie kategorii za Lopezem i Chamukowem. I zdaje się, że lepiej, gdyby to Kubańczyk w pierwszej kolejności zapracował na swoją kwalifikację, bo zdaje się, że w przypadku awansu Chamukowa Rosjanie mogą się zastanawiać, czy nie lepszy byłby Artiom Czebotariow, który też wywalczył sobie prawo startu w Rio, tyle że w APB (AIBA Pro Boxing).

 

Tak blisko i tak daleko...



Jeśli jednak nic by  z tego nie wyszło, to pamiętajmy, że w przyszłym roku cała trójka polskich pięściarzy, którzy już pożegnali się z turniejem w Dausze mieć będzie jeszcze trzy szanse takie kwalifikacje wywalczyć. A grupa starających się o nie będzie z pewnością szersza.

Nie zmienia to jednak faktu, że mistrzostwa świata sukcesu nam nie przyniosły. Na papierze być może tak, bo jeden z naszych bokserów (Dawid Jagodziński) był w ćwierćfinale (choć wcześniej wygrał tylko jedną walkę, ale za to z medalistą ME), a dwaj pozostali (Tomasz Jabłoński oraz Igor Jakubowski) o ten ćwierćfinał się bili.

Ale kto stawia sobie małe cele, ten na ogół szampana nie pije. Jak celujesz w złoto, to masz szanse na srebro, ale jeśli zadowala cię tylko miejsce na podium, to się na nim nie znajdziesz. Polski boks olimpijski niestety przez lata całe jedzie od przypadku do przypadku, co potwierdzają fakty. W całej historii mieliśmy tylko  jednego mistrza świata, a był nim Henryk Średnicki w 1978 roku. Ostatnie złoto na igrzyskach zdobył w 1976 roku Jerzy Rybicki, późniejszy trener kadry i prezes PZB. Wtedy jeszcze polski boks był silny, ale to były jego schyłkowe lata. A ten osławiony ostatni medal olimpijski Wojciecha Bartnika (brąz w Barcelonie – 1992) tak naprawdę był zupełnie niespodziewany. Bartnik przecież dostał się na te igrzyska kuchennymi drzwiami, z listy rezerwowej. Niewiele jednak brakowało, by się tam zabrakło, bo kiedy koledzy olimpijczycy trenowali, on pojechał wypoczywać i nikt nie znał miejsca jego pobytu. Na szczęście w porę się odnalazł, poleciał do Barcelony wypoczęty i zdobył ten historyczny medal po walce z Kubańczykiem Angelem Espinozą, którą można było punktować w obie strony. Inna sprawa, że w półfinale Niemiec Torsten May wcale nie był od niego lepszy, więc żal za straconym finałem i kto wie czy nie olimpijskim złotem był uzasadniony.

Tak samo jak uzasadnione  były nadzieje przed MŚ w Katarze. Ale tylko nadzieje, bo Jabłoński i Jakubowski żadnej jeszcze pewności na powtarzalne sukcesy nie dają, a tym bardziej Dawid Jagodziński.

Dwa srebrne medale tegorocznych mistrzostw Europy zdobyte w Samokowie przez Jabłońskiego i Jakubowskiego zaciemniły niestety obraz sytuacji. Nie brakowało takich, którzy uznali, że polski boks olimpijski się odradza, a tak niestety nie jest. Jaskółka wiosny nie czyni – mówi stare polskie przysłowie i tak jest z tą piękną dyscypliną w rodzimym wydaniu. Mamy tysiące problemów i brak pięściarzy światowej klasy, taka jest prawda. Dlatego jak czasami słyszę niektóre mocarstwowe wypowiedzi, czy to trenerów, czy prezesa, to nie wiem: śmiać się czy płakać.

Na szczęście olimpijskie szanse nie są jeszcze stracone. Trzeba tylko, jak powiedział Igor Jakubowski, podnieść głowę i zrobić wszystko, by w Rio się znaleźć. I wciąż twierdzę, że jest to możliwe, choć istota problemu, bez fundamentalnych zmian w całym polskim boksie, a myślę, że również w Ministerstwie Sportu, sama nie zniknie.