„Cały jego team przypomina Muppet Show”, „Żadna osoba z otoczenia Mariusza nie zna się na boksie. To jest team, powiem prawdziwie, bez jaj” , „Prawda jest taka, że niemal cały team z wyjątkiem jednej osoby, był za tym żeby przegrać tę walkę” - ostro strzela pan Ryszard w wywiadzie, którego udzielił „Dziennikowi Polskiemu”.

Zwalanie winy na wszystkich wkoło to nie tędy droga. Czy Mariusz Wach wygrałby z Powietkinem, gdyby trenował w USA i pozostał przy dotychczasowym promotorze Mariuszu Kołodzieju? Nie sądzę, w Polsce też miał dobrych sparingpartnerów, z Głazkowem i Adamkiem na czele. Po prostu Mariusz Wach był w tym pojedynku z Powietkinem słabszy.

Jechanie teraz po Mariuszu Wachu jak po chudej kobyle to teraz modne. Przejechał się po nim nawet jego kolega, Artur Szpilka zarzucając mu że "nie ma jaj, nic nie zrobił żeby wygrać".

Artur, trochę pokory! Sam dostałeś w 6. rundzie od Jenningsa cios w tułów, zgiąłeś się jak scyzoryk i klęczałeś na macie. A w 10. rundzie, niespełna minutę przed ostatnim gongiem, gdy Jennings po tym lewym sierpowym i liczeniu zaczął ci w narożniku obrabiać tułów walka się skończyła. A Wach takich bolesnych ciosów w tułów przyjął dziesiątki i walczył dalej. W czwartej rundzie dostał straszny cios i odcięło mu prąd, zablokował się, przestał bić prawą bo bał się kolejnych bomb na wątrobę. Po prostu był słabszy. Ale zarzucanie mu że nie ma jaj, to nie fair. Dopóki mógł, bił też prawą. W trzeciej rundzie po jednym z takich ciosów w tułów Powietkin (według mnie lepszy zawodnik niż Jennings) też przeżywał kryzys, też go przytkało.

Wach dostał straszne bańki od Powietkina. A potem kolejne bęcki dołożyli mu ojciec i kolega. Samo życie.