Nowym mistrzem WBC w wadze średniej jest więc „Canelo” Alvarez, 25-letni pięściarz z Guadalajary, były czempion kategorii junior średniej. Przed walką w Las Vegas, to on był typowany na zwycięzcę, choć nie brakowało ekspertów stawiających na dziesięć lat starszego Cotto, byłego mistrza czterech kategorii wagowych.

Saul "Canelo" Alvarez vs. Miguel Cotto. Skrót walki

 

Portorykańczyk stracił należący do niego pas WBC kilka dni przed walką z Alvarezem, gdyż nie zgodził się zapłacić organizacji sankcjonującej ten pojedynek 300 tysięcy dolarów tytułem regulaminowej opłaty. Jak twierdzi gotów był przelać na konto WBC 125 tysięcy, ale propozycja ta została odrzucona. Czy to mogło mieć wpływ na wynik walki?

 

Jeśli pogodzimy się z faktem, że boks zawodowy to biznes, w którym prawdziwy sport jest w tle, to wszystko możliwe. Nic nie dzieje się bez przyczyny.

 

Wyrównane rundy punktowano na korzyść Alvareza, pięściarza chociażby z racji wieku bez porównania bardziej perspektywicznego od Cotto. A takich rund w tym pojedynku było sporo. Portorykańczyk był świetnie przygotowany fizycznie i taktycznie przez Freddiego Roacha, ale nawet nie próbował złamać w tej walce rywala, bo „Canelo” był od niego wyraźnie cięższy i silniejszy. Przed pierwszym gongiem stawiałem na Alvareza, ale nie ukrywam, że po ostatnim postawiłbym na Cotto, choć nigdy nie byłem jego wielkim zwolennikiem. Tym razem naprawdę zaimponował mi ringową mądrością i szybkością.

 

Alvarez był wolniejszy, zadawał pojedyncze ciosy i choć wiele z nich doszło celu, co potwierdzają statystyki, był równie daleki od wygranej przed czasem jak jego sporo starszy, bardziej doświadczony rywal.  Mimo to nie byłbym zdziwiony minimalnym zwycięstwem Meksykanina, walka była bowiem wyrównana, bez wyraźnej dominacji jednego z pięściarzy.

 

Dla mnie nieco lepszy był Miguel Cotto (115:113), ale punktacja sędziów odczytana w Mandalay Bay przez Michaela Buffera nie pozostawia wątpliwości czym się kierowali oceniający ten pojedynek. Oni przecież nie mieli żadnych wątpliwości, kto jest lepszy, Alvarez od początku miał ich po swojej stronie.

 

Pamiętam jak 16 lat temu, też w Mandalay Bay, Oscar De la Hoya (dziś promotor Alvareza) został uznany za pokonanego w starciu z Felixem „Tito” Trinidadem, choć to on powinien być wtedy zwycięzcą. Jeden ze znanych amerykańskich dziennikarzy piszących o boksie, widząc moje zdumienie po ogłoszeniu werdyktu powiedział: Don King po prostu ma lepszych sędziów.

 

Don King był promotorem Trinidada, a Bob Arum, De La Hoi – to tak gwoli wyjaśnienia. I co ciekawe, tak jak wtedy, tak i teraz przegrany zarobił znacznie więcej od zwycięzcy. Tamta wygrana Trinidada nie była oczywiście wielkim skandalem, nie jest też nim zwycięstwo Alvareza, ale w tym konkretnym przypadku sprzeciw budzi jednak punktacja, zdecydowanie zbyt wysoka, nie oddająca tego co działo się w ringu.

Ciekawe teraz, czy „Canelo” zgodzi się na unifikacyjny pojedynek z Giennadijem Gołowkinem, mistrzem WBA, IBF w tej kategorii. Do „GGG” należy też pas interim WBC, więc wydaje się, że jego walka z Alvarezem jest tylko kwestią czasu.

 

Meksykanin twierdzi, że teraz nadeszła jego era w boksie i może walczyć z każdym. Zobaczymy, czy tak będzie. Nie sądzę, jednak, by się spieszył.  Jeśli już wyjdzie do ringu z Kazachem, to najwcześniej we wrześniu przyszłego roku. 7 maja (jest już termin kolejnego pojedynku Alvareza)  jego rywalem prawdopodobnie będzie ktoś inny.

Po wygranej z Cotto, Meksykanin powiedział, że nie jest jeszcze gotowy na walkę  w pełnym wymiarze wagowym kategorii średniej, stąd umowny limit 155 funtów. Inna sprawa, że w dniu walki waży dużo więcej i właściwie jest już zawodnikiem kategorii półciężkiej. To też jeden z absurdów współczesnego boksu. Odchudzanie, odwadnianie do granic możliwości, by zejść do umownego limitu, a później jazda z wagą w górę.

Tak jest przecież nie tylko w przypadku Alvareza.  I nikt nawet nie próbuje z tym walczyć, bo najważniejsze są pieniądze. Ludzie funkcjonujący w tym biznesie doskonale to rozumieją, tak samo jak werdykt w kolejnej, bokserskiej wojnie meksykańsko- portorykańskiej. W Mandalay Bay w Las Vegas wygrał ten, który powinien wygrać. I o to chodzi.