Chińczyk zdobywał wcześniej złote medale mistrzostw świata w Goyang (2009), Paryżu (2011) i Wrocławiu (2013), wygrał też igrzyska w Londynie, trzy lata temu. Do niego należą rekordy świata w rwaniu (176 kg) i dwuboju (380 kg). Ustanowił je w Polsce, we Wrocławiu. W Houston chciał wymazać z tabel rekord w podrzucie (210 kg), który w 2001 roku ustanowił w Trencinie Rosjanin Oleg Pieriepieczenow. Cztery lata temu podjął już taką próbę podczas MŚ w Paryżu, założył na sztangę 211 kg i spalił.

Pindera: Siłacze mają skośne oczy

 

Tym razem zaczynał wysoko, od 201 kg. Jeszcze nigdy, na żadnej wielkiej, prestiżowej imprezie Chińczyk tak nie ryzykował. Widać czuł się bardzo pewnie. Wygrał przecież rwanie w wielkim stylu (175 kg), w trzeciej próbie atakował własny rekord świata, ale nie dał rady wyrwać sztangi ważącej 177 kg. I tak miał jednak 4 kg przewagi nad Koreańczykiem z Północy, Kwang Song Kimem (171 kg), dodatkowo cięższym od niego.

Wydawało się więc, że i tym razem Lyu nie znajdzie pogromcy. Podnoszenie ciężarów na tym poziomie nie wybacza jednak najmniejszych błędów. Szczególnie przy technice na tzw. unik.

 

Chińczyk przy pierwszym podejściu podrzutu był chyba zbyt pewny siebie. 201 kg żelaza spadło na pomost z hukiem, a Lyu uśmiechnął się tylko zdziwiony. Kiedy sztanga spadła drugi raz był już mocno zdenerwowany, bo wiedział, że atak na rekord świata będzie w tych mistrzostwach niemożliwy. Ale chyba nie dopuszczał myśli, że może spalić podrzut i stracić, wydawałoby się pewny, złoty medal.

 

Tak się jednak stało, trzecie, ostatnie podejście do 201 kg było równie nieudane jak dwa poprzednie i w tym momencie wszystko było już jasne. Król wagi 77 kg, trzykrotny mistrz świata i złoty medalista olimpijski spalił podrzut i nie został sklasyfikowany w dwuboju. Mega sensacja stała się faktem.

 

W tej sytuacji wydawało się, że po złoto sięgnie dwukrotny wicemistrz świata, Koreańczyk Kim, który w rwaniu pobił rekord życiowy o trzy kilogramy (171) i podrzucił (201)  co dało mu w dwuboju (372 kg).  Takim wynikiem wygrałby ubiegłoroczne MŚ w Ałmatach, miał więc prawo sądzić, że pech Liu będzie tym razem jego szczęściem.

 

Nie był to jednak koniec niespodzianek w Teksasie. A o największą postarał się urodzony w Azerbejdżanie 22 letni Kazach, Nijat Rachimow. Najpierw w wielkim stylu zaliczył trzy podejścia w rwaniu kończąc je wynikiem 165 kg i udanie zaczął podrzut od 195 kg. Ale to była zbyt mała zaliczka, by walczyć o najwyższe cele. Rachimow dołożył więc kolejne 12 kg i o dziwo, sztangę ważącą 207 kg, podniósł w wielkim stylu.

Tym samym wywalczył złoty medal, gdyż Kazach był lżejszy od Koreańczyka, co przy takim samym rezultacie w dwuboju dawało mu tytuł mistrza świata.

 

W trzeciej próbie zaatakował jeszcze rekord Pieriepieczenowa, ale nie dał rady podrzucić 211 kg. I tak jednak sprawił sobie i swoim trenerom najpiękniejszy z możliwych prezentów.

 

A Liu ? Okazało się, że Chińczyk też człowiek. Przegrał sromotnie, choć wydawało się, że taki scenariusz nie wchodzi w rachubę. Startujący w tej kategorii Krzysztof Szramiak był na pomoście jedynie statystą i zajął 16 miejsce. Ale może powiedzieć, że pokonał starego mistrza.