Ten pojedynek nie ma zdecydowanego faworyta. Z jednej strony stanie silny jak byk Kubańczyk mieszkający w Miami, z drugiej człowiek imadło, który w kwietniu walczył w nowojorskiej Madison Square Garden z Władimirem Kliczką i nie dał sobie zrobić krzywdy. Walkę przegrał, ale jak sam twierdzi zyskał wiele. – To była bezcenna nauka – powiedział w jednym z wywiadów. W Turning Stone Casino w Veronie (stan Nowy Jork) okaże się, czy jest pojętnym uczniem. Mierzący 194 cm, leworęczny Ortiz (193 cm, 213 cm zasięg, 108,4 kg ) nie bez przyczyny nazywany jest King Kongiem. To siłacz jakich mało, a przy tym umie boksować.

 

Pindera: Gdzie te chłopy?

 

Ale Jennings (191 cm, 213 cm zasięg, 104 kg) też nie należy do słabeuszy. Pamiętam jak kilka lat temu poznał mnie z nim w Newark Przemek Garczarczyk. Już wtedy go chwalił i mówił, że daleko zajdzie, choć nikt w Polsce jeszcze o nim nie słyszał. Bryant uśmiechnął się od ucha do ucha i ścisnął mi dłoń bez żadnych złych intencji. A ja poczułem, że imadło zaciska się z ogromną mocą. Niewielu spotkałem w życiu siłaczy dysponujących takim uściskiem jak Jennings. Nie ukrywam, że spojrzałem na niego wtedy z podziwem.

 

Ale po pierwszej walce, którą widziałem (ze Stevem Collinsem w 2012 r), nie sądziłem, że zajdzie tak daleko. Był jednowymiarowy i nudny, imponująca  była tylko jego garda.

 

O tej gardzie mówił mi później Artur Szpilka, który zmierzył się z Bryantem w Nowym Jorku w styczniu ubiegłego roku. Potwierdził, że bardzo ciężko się przez nią przebić. To samo mógłby chyba powiedzieć młodszy Kliczko, który w kwietniu wprawdzie pokonał Jenningsa, ale też miał spore problemy, by sforsować jego defensywę.

 

Czy Ortiz (23-0, 20 KO) znajdzie klucz, by otworzyć twardziela z Filadelfii ? Jest leworęczny, duży i bardzo silny, ale nikt nie wie jak poradzi sobie fizycznie na pełnym dystansie. Najczęściej przecież nokautuje rywali, może nie wytrzymać walki kondycyjnie, o ile będzie prowadzona w odpowiednio wysokim tempie.

 

O Jenningsa (19-1, 10 KO) nie ma się co martwić, jest imponującym atletą, sprawia wrażenie, że mógłby spokojnie, w każdym tempie walczyć 15 rund. Królem nokautu nie jest, ale potrafi wygrywać przed czasem, o czym przekonał się chociażby Szpilka. I coś mi się zdaje, że pokona King Konga, choć ten nie przyjmuje takiej opcji do wiadomości.

 

Przedświątecznych grzmotów nie powinno też zabraknąć w walce Nicholasa Waltersa (26-0, 21 KO) z Jasonem Sosą (18–1–3, 14 KO) w wadze junior lekkiej. O 29 letnim Jamajczyku zrobiło się głośno, gdy w październiku minionego roku znokautował w szóstej rundzie mistrza czterech kategorii wagowych, Nonito Donaire’a, zmuszając Filipińczyka, by wrócił do niższej kategorii, bo w piórkowej nie będzie miał wiele do powiedzenia z takimi siłaczami jak on. Po tym sensacyjnym rozstrzygnięciu wiele mówiło się o walce Waltersa z genialnym Ukraińcem, Wasylem Łomaczenką, ale gdy Nicholas nie zrobił wagi przed pojedynkiem z Miguelem Marriagą pół roku temu i stracił pas WBA, tematu już nie było.

 

Zobaczymy teraz na co stać Waltersa w kategorii junior lekkiej, tym bardziej, że jego rywal, Jason Sosa, 13 ostatnich walk wygrał przed czasem. 27 letni wojownik z New Jersey jest niższy, ma mniejszy zasięg, ale bije równie mocno, więc naprawdę może być ciekawie. A to tylko potwierdza opinię, że gala w Veronie może być  godnym pożegnaniem mijającego 2015 roku.