Skoki to taka dziwna dyscyplina sportu w której najtęższym specjalistom trudno wskazać jednoznacznie dlaczego jeden mistrz lata daleko, a drugi ląduje blisko. Stoch, który jeszcze nie tak dawno nie miał sobie równych ma problem. Ale nie jest w tym odosobniony: Gregor Schlierenzauer, geniusz skoków, też wpadł w dołek i nie może się z niego wydostać. W Oberstdorfie nie zakwalifikował się do drugiej serii, co przytrafiło mu się pierwszy raz w tym prestiżowym turnieju. Przypadek Simona Ammanna, czterokrotnego mistrza olimpijskiego może nie jest tak drastyczny, ale wszystko wskazuje na to, że nadzieje, by wreszcie wygrać Cztery Skocznie, znów musi odłożyć na później.

 

Zmiana w polskiej kadrze na Turniej Czterech Skoczni


A trzeba koniecznie dodać, że lista wybitnych skoczków, którzy nagle zapomnieli na czym polega sztuka dalekiego latania, nie ogranicza się tylko do tych trzech nazwisk. Jest znacznie dłuższa.


Z naszego, polskiego punktu widzenia najbardziej niepokoi fakt, że ten, który cierpi najbardziej, jest jedynym, którym w pierwszym konkursie TCS zakwalifikował się do drugiej serii. Przegrał wprawdzie rywalizację z Niemcem Andreasem Wankiem w systemie KO, ale skorzystał z dobrodziejstwa regulaminu i dostał się tam tylnymi drzwiami, jako trzeci lucky loser. Pozostali stracili swoje szanse już na początku. Najwcześniej Klemens Murańka, który nie przebrnął kwalifikacji. Maciej Kot, Stefan Hula i Piotra Żyła odpadli po pierwszej serii skacząc nie tylko gorzej od swoich rywali, ale na tyle słabo, że nie mogli już liczyć na miejsce w gronie pięciu szczęściarzy, tak jak Stoch.


Najbliżej celu był Kot pokonany przez Austriaka Manuela Fettnera najmniejszą z możliwych różnicą – 0,1 pkt. Hula przegrał ze Słoweńcem Robertem Kranjcem, a Żyła po zupełnie nieudanym skoku został wyeliminowany przez późniejszego zwycięzcę, wicelidera Pucharu Świata, Severina Freunda.


Niemiec wygrał swój pierwszy konkurs Turnieju Czterech Skoczni, choć po pierwszej serii był piąty i wydawało się, że co najwyżej może stanąć na podium, ale nie na jego najwyższym stopniu. Ale w skokach wystarczy, że jednemu powieje pod narty, a drugiemu w plecy i sprawy przybierają nieoczekiwany obrót.


Tak właśnie było w Oberstdorfie. Po mistrzowsku podmuch szczęścia wykorzystali Freund i Michael Hayboeck. Austriak wylądował wprawdzie 1,5 m dalej (139 m), ale Niemiec (137,5 m) otrzymał więcej punktów i to on cieszył się z wygranej. Główny faworyt, Słoweniec Peter Prevc, lider po pierwszej serii, w drugiej miał wiatr w plecy i jego lot trwał krócej, stąd trzecie miejsce.


 Ale do ostatecznych rozstrzygnięć jeszcze daleko. W Nowy Rok kolejny konkurs, tradycyjnie w Ga-Pa (Garmisch Partenkirchen), w niedzielę  Innsbruck i wreszcie, 6 stycznia, w Trzech Króli, decydujące loty w Bischofshofen. Dopiero tam poznamy króla skoków.


Z Polaków szanse na dobry wynik ma już tylko Stoch, który w Oberstdorfie zajął 23 miejsce, ale straty do najlepszych ma ogromne. Pozostali nie będą się już w tym turnieju liczyć, więc wszystko wskazuje na to, że będą zmiany.