"Pięć godzin zajęła mi analiza naszego meczu z Chorwatami. Wynikało z niej, że na dziesięć piłek spornych tylko jedna została przyznana Polakom. Telewizja nie kłamie, wiem dlaczego EHF oceniła pracę Norwegów za perfekcyjną. Nie chcę niczego sugerować, ale są pewne nacje, które muszą wygrywać, my niestety nie mamy ludzi we władzach. Przy równej grze takie detale są decydujące. Kapitanowie odczytują przed meczem oświadczenie zapraszające do gry fair, a potem zdarzają się takie rzeczy O co chodzi? Nawet dzisiaj, po meczu z Islandią, obserwator przyznał, że widział pięć pomyłek na naszą niekorzyść, a wszyscy dziennikarze, trenerzy i oficjele przyznają, że zostaliśmy skrzywdzeni... - mówił w niezwykle emocjonalnym wystąpieniu po mistrzostwach Europy w 2010 roku rozgoryczony selekcjoner reprezentacji Polski Bogdan Wenta. To właśnie podczas turnieju w Austrii Polacy byli najbliżej zdobycia medalu w historii swych występów w ME, a szansę na krążek stracili w dramatycznych okolicznościach.

 

Czwarte miejsce najbardziej boli

 

W półfinałowym starciu z Chorwatami biało-czerwoni zagrali naprawdę dobre spotkanie. Po pierwszej połowie, dzięki dobrej grze w defensywie prowadzili 10:9. W drugiej mieli słabsze fragmenty, swoje dołożyli wspominani przez trenera Wentę sędziowie Kenneth Abrahamsen i Arne Kristiansen, którzy w końcówce ukarali selekcjonera biało-czerwonych żółtą kartką za kwestionowanie ich decyzji. Coraz bardziej rozkręcali się również rywale, w efekcie Polacy przegrali 21:24 i stracili szansę na grę w finale.

 

 

Sławomir Szmal - najlepszy bramkarz Euro 2010. / fot. Cyfrasport

 

Polscy szczypiorniści mogli jeszcze sięgnąć po brąz, o który walczyli z Islandią, ale przygnębieni półfinałową porażką kompletnie zawalili pierwszą połowę, po której przegrywali 10:18. W drugiej części przełamali się, pokazali niebywałą ambicję, dzięki czemu kibice stali się świadkami imponującego pościgu. W 42. minucie Polacy tracili tylko dwie bramki (18:20), w 56. - gdy Tomasz Tłuczyński skutecznie zakończył kontrę biało-czerwonych - już tylko jedną (25:26)... Ostatnie minuty to niesamowite emocje, niestety, nie okraszone happy-endem. Kontuzja Tomasza Tłuczyńskiego, nieuznana bramka Bartosza Jureckiego i świetna postawa bramkarza rywali w ostatnich minutach sprawiły, że to Islandczycy zgarnęli brązowe medale ME 2010.

 

Nie wychodziło nam to, co sobie założyliśmy. W kluczowych chwilach zabrakło trzeźwości umysłu. Gdy odszedł strach okazało się, że drzwi do zwycięstwa były otwarte. Prawda jest taka, że jesteśmy czołowym zespołem Europy i świata. Jedziemy na mistrzostwa świata bez eliminacji. Niby wszystko ok. Brakuje tylko tego medalu. Czwarte miejsce najbardziej boli

 

- mówił przed kamerami Polsatu Sport Bogdan Wenta, a wśród polskich zawodników również panowały minorowe nastroje:

 

"Jestem rozczarowany. Czuję się kiepsko po tym spotkaniu. Co prawda pokazaliśmy, że umiemy walczyć, niestety - bez rezultatu. Co można powiedzieć, kiedy gra się o brąz i schodzi się na przerwę przegrywając ośmioma bramkami? Ale, jak widać, w drugiej połowie coś jednak zaskoczyło... Od pierwszej minuty powinniśmy grać w takim stylu. Mamy dobry zespół. Pokazaliśmy, że stać nas na wiele. Ale brąz powinniśmy zdobyć" - mówił Tomasz Tłuczyński.

 

 

Dramatyczna końcówka, przegrane medalowe szanse nieco zaciemniły przebieg tego niezwykle udanego dla biało-czerwonych turnieju. Polacy rozpoczęli go od meczu z reprezentacją Niemiec, wygranego 27:25, dzięki znakomitej postawie Sławomira Szmala, który został uznany później najlepszym bramkarzem tamtych ME. W kolejnych grach pokonali Szwedów (27:24), zremisowali ze Słowenią (30:30), a w drugiej fazie mistrzostw ograli Hiszpanię 32:26 i po niezwykłym dreszczowcu pokonali 35:34 Czechy, zapewniając sobie awans do najlepszej czwórki Starego Kontynentu.

 

Trudne początki

 

Pierwsza edycja mistrzostw Europy została rozegrana w 1994 roku, a biało-czerwoni występują w tej imprezie regularnie od 2002 roku. Reprezentacja Polski była w tamtym okresie kopciuszkiem, nieśmiało wkraczającym na salony światowego handballa. Od sukcesów z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych minęło już sporo lat, a po okresie marazmu dyscyplina powoli się odradzała. Zanim przyszły pierwsze sukcesy, Polacy musieli zapłacić frycowe, również w finałach mistrzostw Europy...

 

W debiucie biało-czerwoni trafili do najsłabszej grupy turnieju, cóż z tego, skoro w pierwszym meczu finałów (25 stycznia 2002 - Göteborg) przegrali 24:25 z Czechami. W drugim spotkaniu było jeszcze gorzej: podopieczni Bogdana Zajączkowskiego dostali lanie od niżej notowanych Ukraińców (23:30), a na zakończenie swej przygody z turniejem wyraźnie ulegli gospodarzom - reprezentacji Szwecji (20:28). Polacy zakończyli imprezę na I rundzie i zostali sklasyfikowani na przedostatnim - 15. miejscu.

 

Nie lepiej było dwa lata później - w 2004 roku w Słowenii. Biało-czerwoni trafili tym razem do silniejszej grupy z:  Francją, Niemcami oraz Serbią i Czarnogórą. Udana była jedynie pierwsza połowa konfrontacji z Trójkolorowymi. Po kwadransie gry Polacy prowadzili 10:5, do przerwy 16:14, ale doświadczeni i utytułowani rywale wyrównali na kwadrans przed końcem (20:20). W ostatnich 10. minutach Polacy rzucili zaledwie jednego gola i mecz zakończyli porażką 25:29. Bo obiecującym początku nastąpiły fatalne występy przeciwko Niemcom (32:41) oraz Serbii i Czarnogórze (29:38) i znów ekipa prowadzona przez Bogdana Zajączkowskiego zakończyła turniej po trzech spotkaniach, tym razem zamykając stawkę finalistów (16. miejsce).

 

 

Bogdan Wenta prowadził biało-czerwonych w czterech finałach ME. / fot. Cyfrasport

 

Pierwsze zwycięstwo biało-czerwoni osiągnęli dopiero w trzecim turniejowym starcie, w swym siódmym spotkaniu na ME - 26 stycznia 2006 ograli w Sankt Gallen Ukrainę 33:24. W Szwajcarskim turnieju drużyna prowadzona przez Bogdana Wentę trafiła to słabej grupy, a szczęście w losowaniu tym razem udało się przekuć w awans do drugiej rundy. Zapewnił go remis w drugim spotkaniu, w którym Polacy rywalizowali z gospodarzami imprezy. Biało-czerwoni mogli zresztą wygrać ten mecz, ale Pascal Jenny 14 sekund przed końcem meczu uratował Szwajcarom punkt. Na drugim spotkaniu kończy się właściwie lista sukcesów polskich szczypiornistów na tamtych mistrzostwach. Kolejne mecze to już same klęski - 29:33 ze Słowenią, a w II rundzie 25:34 z Hiszpanią, rekordowe 21:31 z Francją, 24:32 z Niemcami i w efekcie 10. miejsce w końcowej klasyfikacji turnieju.

 

Kandydat do medalu

 

Srebrny medal wywalczony na mistrzostwach świata 2007 w Niemczech znacząco zmienił pozycję Polski w światowym handballu. Na kolejnych mistrzostwach Europy, rozgrywanych w 2008 roku w Norwegii biało-czerwoni byli już wymieniani w ścisłym gronie kandydatów do medali. Już pierwszy mecz turnieju pokazał jednak, że wywalczenie upragnionego krążka będzie niezwykle trudnym zadaniem.

 

Polacy przegrali z Chorwatami 27:32, choć przez większą część spotkania toczyli z nimi wyrównaną walkę, to końcówka w wykonaniu mistrzów olimpijskich była nokautująca. Drugie spotkanie imprezy, przeciwko reprezentacji Słowenii Polacy rozpoczęli imponująco. W pierwszej połowie rzucili 23 gole i prowadzili 23:14. Początek drugiej połowy to jednak fatalna gra podopiecznych Bogdana Wenty i skracanie dystansu przez rywali (27:24). W końcówce obudził się jednak Karol Bielecki i biało-czerwoni wygrali 33:27. W starciu z Czechami (33:30) Polacy znów zaprezentowali się bez błysku, grali zrywami i po lepszych fragmentach, oddawali inicjatywę rywalom.

 

Biało-czerwoni awansowali do II fazy grupowej z dwoma punktami na koncie. Szanse na awans do strefy medalowej wciąż były, podtrzymał je nawet remis z gospodarzami imprezy w kolejnym spotkaniu. W Stavanger Polacy zafundowali kibicom prawdziwy dreszczowiec. Na cztery minuty przed końcem przegrywali 21:24, ale dwa trafienia Marcina Lijewskiego i skutecznie wykonany przez Mateusza Jachlewskiego rzut karny dały remis 24:24. Emocje w końcówce starcia z Norwegami były ogromne, zarówno na trybunach, jaki i na boisku, nie brakowało brutalnych fauli, czterech zawodników obejrzało w końcówce czerwone kartki (Grzegorz Tkaczyk, Tomasz Tłuczyński oraz Johnny Jensen i Frode Hagen).

 

ME 2012: Polska - Dania. / fot. Cyfrasport

 

Przed spotkaniem Polska - Dania wiadomo było, że drużyna, która przegra, straci szansę na medal. Porozbijani w meczu z Norwegami biało-czerwoni nie zdołali nawiązać walki z podopiecznymi Ulrika Wilbaeka. Po 10. minutach Polacy przegrywali 1:5, kilka minut później już 3:10, a ostatecznie ponieśli klęskę 26:36. W ostatnim meczu imprezy biało-czerwoni poprawili sobie humory gromiąc szesnastoma bramkami (39:23) Czarnogórę, ale 7. miejsce było rozczarowaniem wobec medalowych aspiracji.

 

Występ podopiecznych Bogdana Wenty na turnieju w Serbii w 2012 roku również nie spełnił nadziei kibiców. Polacy rozpoczęli imprezę od porażki 18:22 w meczu otwarcia z gospodarzami.  W drugim meczu rozgromili Słowację 41:24, odnosząc najwyższe zwycięstwo w historii swych występów na ME. W trzecim, po dramatycznym meczu pokonali Duńczyków 27:26, choć przegrywali już 17:21. Decydujące bramki dla Polaków zdobyli Robert Orzechowski i Michał Jurecki. Jak się później okazało biało-czerwoni pokonali przyszłych triumfatorów tej imprezy...

 

Kolejna konfrontacja Polaków przeszła do historii.  W pierwszym spotkaniu II fazy, przeciwko Szwecji podopieczni Bogdana Wenty zagrali tragicznie w pierwszej połowie i przegrywali 9:20. Sytuacja była beznadziejna, ale w drugiej części meczu Polacy poderwali się do walki i... odrobili straty. Adam Wiśniewski zdobył wyrównującą bramkę na 35. sekund przed końcem gry, ustalając wynik na 29:29. W kolejnym spotkaniu Polacy ulegli Macedonii 25:27, a o porażce w dużej mierze zadecydowała kolejna fatalna pierwsza połowa, przegrana 12:18. Polacy zachowali jeszcze szansę na awans do strefy medalowej, ale mimo zwycięstwa 33:32 nad Niemcami po rzucie Michała Jureckiego w ostatnich sekundach, zajęli dopiero 5. miejsce w grupie i skończyli turniej na 9. miejscu. To była ostatnia duża impreza Bogdana Wenty w roli selekcjonera, kilka miesięcy później, po porażce w kwalifikacjach olimpijskich ogłosił koniec pracy z kadrą.

 

Emocje sięgają zenitu

 

Przegląd występów Polaków na ME piłkarzy ręcznych rozpoczęliśmy od najlepszego wyniku - czwartego miejsca wywalczonego w 2010 roku, a zakończymy na turnieju, który dostarczył polskim kibicom największych  emocji.

 

W 2014 roku w Danii Polacy znów rozpoczęli turniej od konfrontacji z Serbami i znów przegrali, tym razem jedną bramką 19:20. Biało-czerwoni już w tym spotkaniu zafundowali kibicom prawdziwą huśtawkę nastrojów. Przegrywali do przerwy 9:13, by na początku drugiej połowy, po serii 6:0, wyjść na prowadzenie 15:13. Później znów minimalną przewagę wywalczyli Serbowie, a Polacy nie wykorzystali dwóch rzutów karnych... Nadzieja tliła się do ostatniej sekundy, ale Przemysław Krajewski nie zdecydował się na rzut ze skrzydła na osiem sekund przed końcem, a rzut rozpaczy Michała Jureckiego nie przyniósł powodzenia. Na Euro 2016, w pierwszej grze turnieju po raz trzeci z rzędu Polacy zmierzą się z Serbami. Miejmy nadzieję, że powiedzenie "do trzech razy sztuka" sprawdzi się w tej sytuacji i biało-czerwoni wreszcie ograją tego rywala na mistrzostwach Europy.

 

Po Serbii przyszedł czas na faworyzowanych Francuzów. Biało-czerwoni znów przegrali, znów zaledwie jedną bramką (27:28), ale styl, jaki zaprezentowali w starciu z Trójkolorowymi zasłużył na uznanie. Grali z późniejszymi triumfatorami imprezy jak równy z równym: twardo w obronie i skutecznie w ataku. mimo porażki, taka postawa budziła nadzieje przed kluczowym meczem o awans - przeciwko Rosji. Do przerwy Polacy przegrywali 10:14 i patrząc na słabą postawę podopiecznych Michaela Bieglera tylko najwięksi optymiści mogli liczyć na awans do kolejnej fazy turnieju. W drugiej połowie Polacy wrócili jednak do gry, odrobili straty, wypracowali sobie przewagę, którą zdołali utrzymać dzięki znakomitej postawie Sławomira Szmala w bramce.

 

 

ME 2014: Dramatyczny mecz Polaków z Rosjanami. / fot. PAP

 

Wygrana 24:22 przyniosła awans, a pierwszy mecz następnej rundy przyniósł kolejne emocje. Polacy grali z Białorusinami, drużyną teoretycznie do ogrania, ale znów zafundowali kibicom prawdziwy dreszczowiec. Na 45. sekund przed końcem przegrywali 29:30, wówczas trafił Patryk Kuchczyński. Remis i piłka w posiadaniu Białorusinów, rzut Sergeja Rutenki zablokowany, kontra Polaków zatrzymana faulem rywali na 8. sekund przed końcem, wreszcie trafienie Mariusza Jurkiewicza na trzy sekundy przed zakończeniem gry, które ustaliło wynik meczu na 31:30!

 

W kolejnym meczu ekipa Bieglera rozbiła wicemistrzów olimpijskich z Londynu - Szwedów 35:25, a kapitalną partię rozegrał w bramce Piotr Wyszomirski. W następnej grze biało-czerwoni zmierzyli się z Chorwatami i to spotkanie miało zdecydować, która z tych drużyn awansuje do półfinału. Polacy prowadzili po pierwszej połowie 15:14, ale kwadrans słabej gry po przerwie przesądził o porażce 28:31. Podopiecznym Michaela Bieglera pozostał mecz z reprezentacją Islandii o 5. miejsce w turnieju, przegrany przez biało-czerwonych... jedną bramką. Kolejny horror, który na tych mistrzostwach Polacy zafundowali kibicom, nie miał tym razem szczęśliwego zakończenia. Biało-czerwoni prowadzili do przerwy 16:13, później przeważali przez całą drugą połowę, ale rywale zdołali wyrównać, a na 20 sekund przed końcem po raz pierwszy w tym spotkaniu wyszli na prowadzenie... Polska przegrała z Islandią 27:28. Znów po ostatniej grze turnieju nastroje były smutne:

 

"Ciężko coś powiedzieć zaraz po takim meczu. W pierwszej połowie wszystko się układało, wygrywaliśmy trzema bramkami, po przerwie było jeszcze lepiej, bo czterema. Wyglądało to tak jakbyśmy kontrolowali sytuację na boisku. W ostatnich 15 minutach przestrzeliliśmy dużo setek, a i w obronie popełnialiśmy błędy, jakie nie powinny nam się przydarzyć. Raz na boisko wyszliśmy w pięciu, potem w siedmiu, przez co dostaliśmy dwie  minuty kary. Straciliśmy przez to dwa gole, a przegraliśmy jednym. W końcówce trochę się zagubiliśmy" - mówił Bartosz Jurecki.

 

 

Czy trener Michael Biegler doprowadzi Polaków do pierwszego medalu ME? / fot. Cyfrasport

 

Cały występ Polaków warto jednak ocenić bardzo pozytywnie, nie tylko ze względu na to, że 6. miejsce to drugi najlepszy wynik biało-czerwonych w historii występów na tej imprezie. Mimo mankamentów (niewykorzystane karne, słaba skuteczność podczas gry w przewadze oraz błędy w obronie), mimo wahań formy (świetne mecze przeciwko mocnym Francuzom i Szwedom, nieco gorsze przeciwko teoretycznie słabszym Rosjanom i Białorusinom), Polacy potwierdzili przynależność do europejskiej czołówki. Udanie wprowadzili się do drużyny debiutanci: Piotr Chrapkowski, Jakub Łucak czy Michał Szyba. Krzysztof Lijewski otrzymał nagrodę dla najlepszego prawego rozgrywającego. Występ dał nadzieje na przyszłość, spełnione na mistrzostwach świata 2015 w Katarze, z których podopieczni trenera Bieglera przywieźli brązowe medale. Miejmy nadzieję, że sportową klasę Polacy potwierdzą również podczas rozpoczynającego się 15 stycznia turnieju Euro 2016.

 

Polacy na ME:

 

ME 2002 Szwecja - 15 (trener: Bogdan Zajączkowski)
ME 2004 Słowenia - 16 (trener: Bogdan Zajączkowski)
ME 2006 Szwajcaria - 10 (trener: Bogdan Wenta)
ME 2008 Norwegia - 7 (trener: Bogdan Wenta)
ME 2010 Austria - 4 (trener: Bogdan Wenta)
ME 2012 Serbia - 9 (trener: Bogdan Wenta)
ME 2014 Dania - 6 (trener: Michael Biegler).